Zaparło mi dech
..po mojej ostatniej piątkowej randce. Spotkałam się jak i wielu Staromiejszczan z Martyną Wojciechowską w sali gimnastycznej naszego Gimnazjum.
Wyobraźcie to sobie, ona medialna, podróźująca na kraj świata automaniaczka, z historią, którą możnaby obdarzyć ze dwie albo i osiem Martyn, ona, moja równieśniczka przyjechała do Starego Miasta.
Fajnie, że mamy taką prężnie działającą Bibliotekę Gminną, która już wielokrotnie zapraszała znane i ciekawe osoby, wymieniając tylko tych ostatnich: Marka Niedźwiedzkiego, Wojciecha Manna, Szymona Hołownię, Wojtka Cejrowskiego i wielu innych.
Inspirująco było..
Wiedzieliście, że Martyna dwukrotnie uszkodziła poważnie kręgosłup, raz na nartach w Karpaczu, a drugi w wypadku samochowowym, w którym zginął jej przyjaciel - operator, i dwukrotnie mówiono jej, że to już koniec dotychczasowego życia, a co ona na to: Niemożliwe? nieee.
Od dziecka uwielbiała motocylke, najpierw były te najmniejsze jak WSKa czy Jawa, żeby w wieku 17 lat zdobyć licencję i zacząć się ścigać na Torze Poznań. Potem był Automaniak i strzał w dziesiątkę TVNu, że to "kupił". Następnie Martyna jako kierowca ukończyła Rajd Dakar, jeszcze ten Afryce. Wraz ze swoim pilotem zrobili wersję low-bugdet, w przerwach regeneracyjncych śpiąc na ziemi lub serwisując swój samochód, pokonali całą trasę ucierając nosa wielu innym, którzy nie dojechali na metę. Ostatecznie zwątpiła w technikę i uznała zawodność sprzętu jezdnego i przestawiła się na walkę oko w oko z przyrodą. Zdobyła koronę ziemi, nie będąc alpinistką! Po prostu sobie to zamarzyła.
Najbardziej utkwił mi w pamięci jej Najwyższy Antarktydy - Mout Vinson. Po wielu dniach oczekiwania na okienko pogodowe, będąc na wyczerpaniu zapasów żywieniowych, zaatakowała szczyt, głodna i zmęczona. Pokazała krótki film ze szczytowania, na którym widać jak słaniając się dochodzi do najwyższego punktu i pada na kolana opierając się na czekanie, becząc, płacząc niepowtszrzmanie nie ze szczęścia, ale z żalu, że już nie będzie miała siły wrócić do bazy, do domu, do malutkiej córeczki. Wróciła, zajęło jej to 11 godzin walki o każdy krok, ruch nogą, podniesienie ręki z ciążącym czekanem, dającym jej zabezpieczenie w razie obsuwy. Gdy zeszła okazało się, że jej namiotu nie ma, duje przeraźlwie zimny wiatr, a ona jest na skraju swoich możliwości. Udało jej się przypiąć do innej ekipy, bo na tej wyprawie Martyna była sama. Przetrwała siłą woli.
Przeżyła również wiele innych przygód i niebezpieczeństw. Zdanie to brzmi banalnie, ale chyba najlepiej oddaje jej życie: pod napięciem, napierając i szukając następnego wyzwania.
Najpiękniejsze dla mnie z jej opowieści, snutej z pasją i w cudnym kontakcie z każdym z nas, uczestników tego spotkania, było marzenie podróźniczki. Ponieważ jej pięcioletnia obecnie córka - Marysia, była już na Elbrusie, w brzuchu mamy w wieku minus sześciu miesięcy, to jej mama marzy sobie, że jak jej latorośl podrośnie to znów zrobią koronę Ziemi RAZEM, matka i córka! SUPER!
Wyleciałam ze spotkania na skrzydłach Weny, wpadłam do domu, podjadłam pysznego naleśniczka mojego mężusia, nawdziałam obuw bieganiowy i strzeliłam sobie dyszkę, ot tak, bez oporów i zmęczenia. A jak biegłam, myślałam o tych 11 godzinach Martyny, i teraz już wiem, że JA WSZYSTKO MOGĘ!