Podroz do naszej krainy lagodnosci byla dluga, ale i ciekawa dzieki miedzyladowaniom.
W dwoch susach przelecielismy Atlantyk ladujac po paliwo to na Islandii w Telavic, na plaskim pustkowi, ukrytym pod gruba warstwa ciemnych chmur, ktore nie wzbudzalo wiekszego entuzjazmu otaczajacymi szaroscami, to w drugim susie na najdalej wysunietym na wschod lotnisku Canady. Miasteczko to powstalo jako lotnicza baza wojskowa USA, a obecnie zamieszakane jest przez lokalesow, kiedys zwanych eskimosami, ale obecnie jak sie dowiedzalam od przemilego kapitana naszej podniebnej jednostki, nazywanym wg najnowszych regul political correctnes - prime nations oraz przez kanadyjczykow pracujacych troche jak na zeslaniu w obsludze bardzo ruchliwego. Co ciekawe cala miejscowosc jest calkowicie zalezna od dostaw lotniczych, gdyz nie prowadzi do niej zadna droga ladowa. Wszystkie domy zbudowane byly wzdluz kilku ulic na wysokich palach, aby grube poklady sniegu zalegajace zima nie blokowaly wyjscia z domow i izolowaly je od wiecznej zmarzliny na ktorej byly osadzone.