Bałwana nie zdążyliśmy ulepić, tak się rozdelektowaliśmy tymi górskimi feriami. Im więcej dni mijało, z tym większą łatwością zgłębialiśmy tajniki odpoczywania i nie szukania na siłę zajęć. Wystarczy po prostu pozwolić czasowi płynąć, a on tak miękko unosi na łagodnej fali TU I TERAZ.
Narty - tak! jak ktoś chce, ale także sanki, albo jabłuszko, albo pławienie się leniwe w gorących termach przez całe popołudnie, ping-pong od rana, lub tv-nurkowanie na rafie po śniadaniu, naprzemiennie z drzemką naturalnie zakończoną pokrzykiwaniami znudzonych dzieci. Potem ciasteczko, albo cała ich paczka, nie pozwalające żołądkowi zapomnieć o późnym śniadaniu złożonym z pół bochenka chrupiącego chleba pochłoniętego z rozkoszą i pastą jajeczną albo własnej roboty dżemem porzeczkowym, zapijanym lurowatą herbatą z cytryną, dla odmiany wakacyjnej, słodzoną suto i bez wyrzutów. Do tego przepisu na idealny wypoczynek dołóżmy jeszcze grzane wino, piwo lub śliwowicę Łącką, czyli składniki dopełniające całość;)
"Ach jak przyjemnie kołysać się wśród fal" - tak można by określić słowami piosenki ten nasz raj w Gliczarowie Górnym, w którym pobyt dobiega końca. Jutro jedziemy do domu z naładowanymi akumulatorami i bardzo pełnymi brzuszkami:)
A 7 kwietnia półmaraton w Poznaniu, i jest ROBOTA.