fajna babeczka
poniedziałek, 24 kwietnia 2017
środa, 15 lipca 2015
w drodze do Victoria BC - przez kraine lodu i wiecznej zmarzliny
Podroz do naszej krainy lagodnosci byla dluga, ale i ciekawa dzieki miedzyladowaniom.
W dwoch susach przelecielismy Atlantyk ladujac po paliwo to na Islandii w Telavic, na plaskim pustkowi, ukrytym pod gruba warstwa ciemnych chmur, ktore nie wzbudzalo wiekszego entuzjazmu otaczajacymi szaroscami, to w drugim susie na najdalej wysunietym na wschod lotnisku Canady. Miasteczko to powstalo jako lotnicza baza wojskowa USA, a obecnie zamieszakane jest przez lokalesow, kiedys zwanych eskimosami, ale obecnie jak sie dowiedzalam od przemilego kapitana naszej podniebnej jednostki, nazywanym wg najnowszych regul political correctnes - prime nations oraz przez kanadyjczykow pracujacych troche jak na zeslaniu w obsludze bardzo ruchliwego. Co ciekawe cala miejscowosc jest calkowicie zalezna od dostaw lotniczych, gdyz nie prowadzi do niej zadna droga ladowa. Wszystkie domy zbudowane byly wzdluz kilku ulic na wysokich palach, aby grube poklady sniegu zalegajace zima nie blokowaly wyjscia z domow i izolowaly je od wiecznej zmarzliny na ktorej byly osadzone.
W dwoch susach przelecielismy Atlantyk ladujac po paliwo to na Islandii w Telavic, na plaskim pustkowi, ukrytym pod gruba warstwa ciemnych chmur, ktore nie wzbudzalo wiekszego entuzjazmu otaczajacymi szaroscami, to w drugim susie na najdalej wysunietym na wschod lotnisku Canady. Miasteczko to powstalo jako lotnicza baza wojskowa USA, a obecnie zamieszakane jest przez lokalesow, kiedys zwanych eskimosami, ale obecnie jak sie dowiedzalam od przemilego kapitana naszej podniebnej jednostki, nazywanym wg najnowszych regul political correctnes - prime nations oraz przez kanadyjczykow pracujacych troche jak na zeslaniu w obsludze bardzo ruchliwego. Co ciekawe cala miejscowosc jest calkowicie zalezna od dostaw lotniczych, gdyz nie prowadzi do niej zadna droga ladowa. Wszystkie domy zbudowane byly wzdluz kilku ulic na wysokich palach, aby grube poklady sniegu zalegajace zima nie blokowaly wyjscia z domow i izolowaly je od wiecznej zmarzliny na ktorej byly osadzone.
poniedziałek, 29 grudnia 2014
wigilia wszystkiego
Oczekiwanie, czuwanie, szykowanie i podniecenie połączone z niepewnością tego co przed nami - tym jest wigilia, czyli czas poprzedzający wielkie wydarzenie. Ta wigilia i czas świąteczny były wyjątkowe dla naszej rodziny. Oto pierwszy raz podjęłam się roli gospodyni goszczącej całą familię. Szykowania co nie miara, Święta to czas wspólnego przebywania, ucztowania i szykowania.
wtorek, 14 października 2014
rzeka Powa i reszta świata
Nie wiedziałam jak się zabrać za ten wzbierający we mnie wpis, bo tyle się wydarzyło. Miałam kilka chwytliwych point i tematów, ale czas i namnożenie kolejnych doznań zatarły i zamieszały w mojej głowie kolorowo..
Za to jedna rzecz ujęła mnie ostatnio bardzo i nie puszcza: Pan zawieszony na rowerze w pół obrotu opiera się o poręcz mostu, mostku właściwie nad naszą rzeczką Pową i patrzy, obserwuje ruchomą wodę, tkwiąc w bezruchu. Jak długi jest to moment, nie wiem bo mknę tak tuż obok samochodem z punktu A do punktu B bo potem jeszcze do punktu C. Obraz ten utkwił we mnie, uderzył mnie jak znak wyrastający na środku drogi - ZWOLNIJ. Miej czas, nie tylko na te wielkie plany, podróże, wydarzenia okazje, ale na tu i teraz, na chwilę czasu dla naszego umysłu, aby mógł poobserwować coś bez pośpiechu, bez wysiłku, bez potrzeby nawet, tylko dlatego że to jest i przyzywa nas do hamaka.
A propos hamaków, byłam dziś po raz pierwszy na pięknym rytuale unoszenia się w powietrzu za sprawą tegoż własnie, a właściwie szerokiej chusty zawieszonej pod sufitem, która daje oparcie dla ciała, szukającego wygodnej, lub wyzywającej dla ciała pozycji, w zgodzie z grawitacją i przy jej udziale. TRZECI WYMIAR. Bardzo relaksujące.
Zacząć chciałam od naszego wielkiego barbadoskiego wesela, na które zaproszeni zostaliśmy z taką samą radością, z jaką w nim potem uczestniczyliśmy, Było pięknie, romantycznie i egzotycznie, ale z całej uroczystości najcudowniej było patrzeć na wielką miłość i wzruszenie emanujące od Młodych. I tegoż im życzę, aby ich uczucie pozostało jak najdłużej tak świeże i młode jak tego dnia.
Tak odległa sceneria ślubna, była dla nas okazją na dłuższy pobyt w całkiem odmiennym kraju.
Po pierwsze tropik, po drugie pora deszczowa, która pięknie przyciemniała tło rajskiej plaży, granatowymi chmurami, a po trzecie jednak w większości słońce, parzące i rzucające krótkie cienie na samotne palmy, wyrastające ze złotej plaży. Po czwarte, jeśli nie po pierwsze to kolor morza - przeźroczysty turkus płycizn, łamiący się na głębi z niebieskim pasem horyzontu, dotykającym jeszcze ciemniejszego nieba.
Nocą, żółwiki wychodziły ze swoich bezpiecznych gniazd, w których dopiero co się wykluły, na ciepły jeszcze i wilgotny piach plaży, gdzie na kolację już czekały kraby. Ich odwieczny rytuał podążania w kierunku światła księżyca, czyli do morza, zaburzyła obecność sztucznego oświetlenia przy wybrzeżu, dlatego trzeba było zbierać zguby po całej plaży, a były ich setki z jednego gniazda, aby przenieść je w bezpieczne i zaciemnione miejsce na innej plaży. Do pomocy co wieczór było wielu przejętych turystów oraz partole żółwiowe pracujące 24/7 dla zachowania populacji.
Do nocnych niespodzianek również zaliczyć trzeba świergot żab. Zaraz po zmroku zaczynały koncert, tak głośny, że pierwszej nocy mieliśmy obawy (jak się okazało niesłuszne) czy będzie można spać!
Ludzie na Barbadosie są bardzo przyjaźni i bezproblemowi NO WORRIES powtarzali jak mantrę. Żyją skromnie w kolorowych domkach na małych parcelkach, obejście zawsze czyste, nawet nieużytki i FOR SALE były uprzątnięte i w miarę możliwości zagospodarowane. Ta mała wysepka koralowa ma 30km x 40km i dzieli się na parafie (anglikańskie), w każdej można zobaczyć urokliwy kościółek z pobliskim cmentarzem nawet z XVI, kiedy to wyspę kolonizowano. W głębi kraju uprawia się przede wszystkim trzcinę cukrową, z której wytwarza się między innymi rum. To tutaj, a nie na Kubie powstała jego pierwsza manufaktura http://www.stnicholasabbey.com/Rum/.
Wyspa Brodatych Figowców zostanie dla mnie magicznym wspomnieniem, słońca, wilgoci, soczystej przyrody i kąpieli w morzu Karaibskim w ciepłym deszczu wraz z całym bogactwem fauny i flory, również żółwi na wyciągnięcie ręki.

Za to jedna rzecz ujęła mnie ostatnio bardzo i nie puszcza: Pan zawieszony na rowerze w pół obrotu opiera się o poręcz mostu, mostku właściwie nad naszą rzeczką Pową i patrzy, obserwuje ruchomą wodę, tkwiąc w bezruchu. Jak długi jest to moment, nie wiem bo mknę tak tuż obok samochodem z punktu A do punktu B bo potem jeszcze do punktu C. Obraz ten utkwił we mnie, uderzył mnie jak znak wyrastający na środku drogi - ZWOLNIJ. Miej czas, nie tylko na te wielkie plany, podróże, wydarzenia okazje, ale na tu i teraz, na chwilę czasu dla naszego umysłu, aby mógł poobserwować coś bez pośpiechu, bez wysiłku, bez potrzeby nawet, tylko dlatego że to jest i przyzywa nas do hamaka.
A propos hamaków, byłam dziś po raz pierwszy na pięknym rytuale unoszenia się w powietrzu za sprawą tegoż własnie, a właściwie szerokiej chusty zawieszonej pod sufitem, która daje oparcie dla ciała, szukającego wygodnej, lub wyzywającej dla ciała pozycji, w zgodzie z grawitacją i przy jej udziale. TRZECI WYMIAR. Bardzo relaksujące.
Zacząć chciałam od naszego wielkiego barbadoskiego wesela, na które zaproszeni zostaliśmy z taką samą radością, z jaką w nim potem uczestniczyliśmy, Było pięknie, romantycznie i egzotycznie, ale z całej uroczystości najcudowniej było patrzeć na wielką miłość i wzruszenie emanujące od Młodych. I tegoż im życzę, aby ich uczucie pozostało jak najdłużej tak świeże i młode jak tego dnia.
Tak odległa sceneria ślubna, była dla nas okazją na dłuższy pobyt w całkiem odmiennym kraju.
Po pierwsze tropik, po drugie pora deszczowa, która pięknie przyciemniała tło rajskiej plaży, granatowymi chmurami, a po trzecie jednak w większości słońce, parzące i rzucające krótkie cienie na samotne palmy, wyrastające ze złotej plaży. Po czwarte, jeśli nie po pierwsze to kolor morza - przeźroczysty turkus płycizn, łamiący się na głębi z niebieskim pasem horyzontu, dotykającym jeszcze ciemniejszego nieba.
Nocą, żółwiki wychodziły ze swoich bezpiecznych gniazd, w których dopiero co się wykluły, na ciepły jeszcze i wilgotny piach plaży, gdzie na kolację już czekały kraby. Ich odwieczny rytuał podążania w kierunku światła księżyca, czyli do morza, zaburzyła obecność sztucznego oświetlenia przy wybrzeżu, dlatego trzeba było zbierać zguby po całej plaży, a były ich setki z jednego gniazda, aby przenieść je w bezpieczne i zaciemnione miejsce na innej plaży. Do pomocy co wieczór było wielu przejętych turystów oraz partole żółwiowe pracujące 24/7 dla zachowania populacji.
Do nocnych niespodzianek również zaliczyć trzeba świergot żab. Zaraz po zmroku zaczynały koncert, tak głośny, że pierwszej nocy mieliśmy obawy (jak się okazało niesłuszne) czy będzie można spać!
Ludzie na Barbadosie są bardzo przyjaźni i bezproblemowi NO WORRIES powtarzali jak mantrę. Żyją skromnie w kolorowych domkach na małych parcelkach, obejście zawsze czyste, nawet nieużytki i FOR SALE były uprzątnięte i w miarę możliwości zagospodarowane. Ta mała wysepka koralowa ma 30km x 40km i dzieli się na parafie (anglikańskie), w każdej można zobaczyć urokliwy kościółek z pobliskim cmentarzem nawet z XVI, kiedy to wyspę kolonizowano. W głębi kraju uprawia się przede wszystkim trzcinę cukrową, z której wytwarza się między innymi rum. To tutaj, a nie na Kubie powstała jego pierwsza manufaktura http://www.stnicholasabbey.com/Rum/.
Wyspa Brodatych Figowców zostanie dla mnie magicznym wspomnieniem, słońca, wilgoci, soczystej przyrody i kąpieli w morzu Karaibskim w ciepłym deszczu wraz z całym bogactwem fauny i flory, również żółwi na wyciągnięcie ręki.
czwartek, 12 czerwca 2014
podróż po błękity
Tak cudnie podróżować wiosną na południe, tam gdzie słońce już się rozgościło na dobre, a u nas dopiero czyni nieśpieszne zaloty. Portugalia to piękny kraj pod błękitnym niebem, gdzie wiatr pachnie inaczej i światło pieści mocniej. Kilka pięknych miejsc udało nam się odwiedzić w tym marcowym tygodniu wolności. A były to: Lizbona, Cascais, Cabo da Roca, Sintra, Ericeira, Porto i Fatima.
Fatima - szału ni ma.. ale jest nabożność i szacunek, dla tych którzy przemierzają autokarami Europę wszerz i wzdłuż, żeby się tu pochylić nad cudem objawienia.
magiczny dworzec w Porto
mega urwisko nad rzeką Douro w Porto
to my!
most twórców wieży Eiffle'a
nabrzeże "by night"
miejsce grajków i innych artystów, pod pięknym mostem
Lizbona - Most 25 kwietnia, kopia tego z San Francisco
Pomnik Odkrywców nad rzeką Tag
mozaika pod pomnikiem Odkrywców kryje piękne elementy alegoryjne
w stronę słońca i Księżniczki Lizbońskiej
otóż i Ona - zawstydzona..
widok na Alfamę
z Praca do Comercio widać nabrzeże Tagu
bombonierka
Cabo da Roca, romantyczne urwiska, morze i skały i... CISZA - brak wiatru co się tu prawie nie zdarza
..i ja podczas leniwej siesty na ukrytym skwerku przed zapomnianym kościółkiem w magicznej Sintrze
kosmos w ogrodzie
Jestem wszystkim, każdą cząsteczką tego co mnie otacza, i
każda cząsteczka tego co mnie otacza jest mną. Mam nieodparte uczucie
wielkości, jakkolwiek bałwochwalczo to zabrzmi. Wielkie ciepłe, bezpieczne
teraz, w którym się pławię i którym się delektuję. Jest ciepło, słońce
podświetla ciemnozielony szpaler na jaskrawo-zielono, a drobne stworzenia
żyjące w trzecim wymiarze ozłaca swym blaskiem i sprawia, że powietrze drga
bursztynem. Kosy mają swoją krzątaninę rodzicielską na wypuście dachu, a liście
wiśni nabrzmiewają soczystością życiodajnych soków, przecież przedwczoraj tak
pięknie padało. Wybujałe trawy cieszą się łaskawością swojego miejsca, do
którego nie dociera kosiarka, a świeżo skoszona trawa skrzy się srebrem i
cieszy bose stopy. Drewno, kiedyś żywe, obecnie służące za schronienie przed
słońcem, rozsycha się i wybucha
radosnymi salwami trzasków. Muchy bzyczą leniwie, a psy wyszczekują
wieczorne pogaduchy. Czasu nie ma i mnie nie ma, jestem światłem, dźwiękiem i
zapachem. Nie muszę zamykać oczu by szukać w sobie nirwany, ona jest wkoło i
mnie łagodnie przyzywa - moją energię do współdrgania. Ohmmm. Wybuchł wszechświat
i eksplodował tęczą, różnorodnością i zachwytem. Bóg bardzo chciał poczuć tę
doskonałość, a tam skąd przyszedł był tylko niemy ideał. To powołanie do
istnienia tego pulsującego jing i jang, dobra i zła, plusa i minusa stało się
ciałem, tworem i bytem. Mamy w sobie cząstkę doskonałego boga, który nam
zazdrości niedoskonałości i przegląda się w naszych doświadczeniach jak w lustrze.
I bóg stał się człowiekiem.
niedziela, 22 grudnia 2013
dla Ciebie Kochana Córeczko!
Mam taki plan już od dłuższego czasu, żeby nadrobić te wspomnienia, których nie zapisałam o Tobie, bo byłam bardzo zajęta dwójką malutkich dzieci, Tobą i Twoim malutkim jeszcze i wymagającym równie dużej, jeśli nie większej uwagi, braciszkiem. Gdy Jasiu był tyci, był pierwszy i pilnie notowałam jego PIERWSZE w specjalnek książce. A Twoje PIERWSZE Kochana Córeczko uciekły i rozmyły się jak resztki gwieździstej nieprzespanej nocy wraz z porannym zmęczeniem.
Czas szybko leci, teraz masz już 5 lat. Kiedy to piszę jest czas przedświąteczny, choinka błyszczy się kolorowymi lampkami i bombkami kupionymi przez was razem z tatą, prezenty czekają na zapakowanie, a maszynka do mielenia na mak na makiełki. W domu cicho - nasłuchuję swoich wspomnień o małej Zosi.
Zosiu, jak się tylko urodziłaś przyssałaś się do mojej piersi i nie chciałaś mnie puścić przez całą pierwszą nockę. Potrzeba bliskości była u Ciebie tak silna od pierwszego dnia. Dopiero babcia Ela i ciocia Anetka przyniosły na drugi dzień smoczek z kaczuszką i na czas Twoich drzemek miałaś małego udawacza, w którym się okrutnie zakochałaś i do spania dyduś był niezastąpiony, aż do czasu ukończenia przez Ciebie 2 latek. Wtedy "prawie" sama, rozsądnie zrezygnowałaś z małego uzależniacza. Zaznaczam rozsądnie, bo Ty moja droga kobietko, od zawsze miałaś taki zmysł rozsądku i poukładania. Była z Ciebie zawsze bystra obserwatorka i bezkonfliktowa towarzyszka zabaw, no i przede wszystkim "Mamy Tulitko". Zawsze na moje pytanie - "kto jest mamy tulitkiem?", podnosiłaś rezolutnie główkę i patrząc ufnie swoimi wielkimi niebieskimi oczami mówiłas z rozanielającym uśmiechem: - Tutaj!. Cudnie jest to słyszeć trzymając Cię w objęciach do dziś i mam nadzieję, że jak najdłużej:).
Pamiętam taką scenę - samą słodycz, jak zasnęłaś na huśtawce ogrodowej, w ciepłe letnie popołudnie, osłonięta nieco od przebijającego gdzieniegdzie leniwego słońca. Nie potrzebowałaś żadnego przykrycia, ciepłe bodaj lipcowe powietrze okrywało Cię miękką kołderką utkaną z puchu skrzydeł anielich, które otaczały Cię swoim opiekuńczym nimbem ze wszystkich stron. Mam to przed oczami: mała, bezbronna istota, taka nieodgadniona w swoich zamiarach i tak bezwiednie zatopiona w zachwyconym matczynym spojrzeniu.
Widzę Cię jak mając jakieś dwa latka leżysz razem z bratem przed telewizorem na uwalonym na dywanie cielsku Arisa, naszego psa. Aris świetnie zaakceptował dwoje nowych członków stada i byliście naprawdę fajną zgraną trójeczką, z którą było co robić. Na przykład brałam Ciebie w wózeczku, Jasia na rowerku popychanym i Arisa na smyczy do lasu na końcu ulicy. Ale zanim docieraliśmy do oazy spokoju musiałam się nieźle namęczyć, żeby utrzymać 20kg umięśnionego amstaffa na smyczy szczekającego na inne psy na ulicy, pchając jednocześnie i wózek i rowerek! Arisa możesz nie pamiętać, bo wkrótce potem odszedł w towarzystwie burzy z deszczem i tęczy.
Super szybko uczyłaś się stawac przy różnych meblach, ale ulubionym twoim oparciem był stoliczek zabawkowy, na którym były róźne błyskotki. Chodziłaś wokół niego dumna jak paw, że już nie musisz za rączkę. Całkowicie sama zaczęłaś chodzić w wieku ok 11 miesięcy.
Potem była pora na przedszkole. Ponieważ Jasiu już tam chodził, Ty też nie miałaś obaw przed pierwszym dniem. Jednak, jak się okazało, nie było to tak łatwe w praktyce. Po pierwszym radosnym dniu, uległaś presji innych wyjących kolegów i koleżanek z grupy. To było pobojowisko i nie dziwię Ci się, że nie chciałaś zostawać w tej Straży Pożarnej, Przez pierwszy miesiąc syreny nie ustawały, i Ty bidulko też płakałaś, a ja razem z Tobą. Oczywiście mój płacz z żalu zaczynał się tuż po zamknięci za sobą drzwi, a wzmagał się kiedy idąc wzdłuż budynku ciągle, słyszałam Twój szloch za mamą. Ponoć tak już jest że dzieci płaczą, ale mam wrażenie że po prostu za wcześnie jest oddawać trzyletnie dziecko do przedszkola. Ty Kochana , na szczęście dałaś radę szybko się przystosować i wkrótce utworzyłyście super trójcę wraz z Amelką i Dominiką.
Jesteś moją gwiazdeczką, jak coś zapodzieję to mogę liczyć na to, że gdzieś to zauważyłaś w domu i mi to przyniesiesz, albo że sama z siebie weźmiesz szmatkę i zaczniesz wycierać kurze nie tylko u siebie, ale także u brata w pokoju. Przed spaniem lubisz zrobić porządek i mieć swój ład. Jesteś pokojowo nastawiona do świata, szanujesz ludzi i przyrodę. Uwielbiasz bablać się w błotku i bawić w piasku na plaży. Woda i taniec to Twoje żywioły. Bardzo zainteresowały Cię pozycje jogi i sama podążając za swoim ciałem wymyślasz nowe kształty i je pięknie nazywasz. Ostatnio ustawiłaś się w pozycji srebrzystej choinki! Pięknie malujesz, używasz całej gamy kolorów i tworzysz przemyślane kompozycje.
Masz dar intuicji. Wyczuwasz zmiany nastrojów, potrafisz przytulić i pocieszyć. Czasem mam wrażenie, że czytasz w moich myślach, a kiedyś w wielku 3-4 lat wypowiedziałaś niemal bezwiednie słowo: Bisia, kiedy ja właśnie myślałam o mojej babci!
Jesteś samodzielna. Duma mnie rozpiera i wielkie zadowolenie, kiedy odprowadzam Cię do przedszkola i siadam sobie wygodnie na fotelu, a Ty samiutka przebierasz się w szatni raz-dwa i z promiennym uśmiechem wystrzeliwujesz na schody uciekając przede mną (to taka nasza zabawa z gonienie i szczypanie po tyłku). W tym czasem inne mamy wraz z dziećmi kłębią się w wąskich przestrzeniach między szafkami i majstrują przy tych swoich bałwankach 2 razy dłużej niż ty sama się ogarniesz.
Jednak przy tej całej Twojej niezależności i samodzielności cały czas jesteś moją córeczką, którą się opiekuję i której potrzeby staram się łapać w mig, szczególnie kiedy się źle czujesz, bo jesteś chora albo jesteś rozdrażniona moją dłuższą nieobecnością. Wtedy wiem, że nie ma lepszego lekarstwa niż tulenie się i wspólne zasypianie. Mamy silną więź.
Wkrótce pierwsza klasa przed Tobą. Przedwcześnie, bo Jasiu mógł jeszcze iść jako 7-latek. Ty za chwilę skończysz 6 lat. Czeka Cię zmiana szkoły, przyjaciół i zasad. Wiem, że poradzisz sobie jak zawsze, ale już mi trochę szkoda, że ucieka Ci roczek beztroskiej zabawy na dywanie przedszkola i jeżdżenia wózkami ze swoimi psiapsiółkami. Życzę Ci żebyś spotkałą mądrą Panią nauczycielkę, która będzie dla Ciebie autorytetem, fajne bezpretensjonalne dzieciaki w swojej nowej klasie i czas na zabawę.
Pamiętaj, że ja zawsze będę przy Tobie i dla Ciebie, tak jak moja mama dla mnie:)
Czas szybko leci, teraz masz już 5 lat. Kiedy to piszę jest czas przedświąteczny, choinka błyszczy się kolorowymi lampkami i bombkami kupionymi przez was razem z tatą, prezenty czekają na zapakowanie, a maszynka do mielenia na mak na makiełki. W domu cicho - nasłuchuję swoich wspomnień o małej Zosi.
Zosiu, jak się tylko urodziłaś przyssałaś się do mojej piersi i nie chciałaś mnie puścić przez całą pierwszą nockę. Potrzeba bliskości była u Ciebie tak silna od pierwszego dnia. Dopiero babcia Ela i ciocia Anetka przyniosły na drugi dzień smoczek z kaczuszką i na czas Twoich drzemek miałaś małego udawacza, w którym się okrutnie zakochałaś i do spania dyduś był niezastąpiony, aż do czasu ukończenia przez Ciebie 2 latek. Wtedy "prawie" sama, rozsądnie zrezygnowałaś z małego uzależniacza. Zaznaczam rozsądnie, bo Ty moja droga kobietko, od zawsze miałaś taki zmysł rozsądku i poukładania. Była z Ciebie zawsze bystra obserwatorka i bezkonfliktowa towarzyszka zabaw, no i przede wszystkim "Mamy Tulitko". Zawsze na moje pytanie - "kto jest mamy tulitkiem?", podnosiłaś rezolutnie główkę i patrząc ufnie swoimi wielkimi niebieskimi oczami mówiłas z rozanielającym uśmiechem: - Tutaj!. Cudnie jest to słyszeć trzymając Cię w objęciach do dziś i mam nadzieję, że jak najdłużej:).
Pamiętam taką scenę - samą słodycz, jak zasnęłaś na huśtawce ogrodowej, w ciepłe letnie popołudnie, osłonięta nieco od przebijającego gdzieniegdzie leniwego słońca. Nie potrzebowałaś żadnego przykrycia, ciepłe bodaj lipcowe powietrze okrywało Cię miękką kołderką utkaną z puchu skrzydeł anielich, które otaczały Cię swoim opiekuńczym nimbem ze wszystkich stron. Mam to przed oczami: mała, bezbronna istota, taka nieodgadniona w swoich zamiarach i tak bezwiednie zatopiona w zachwyconym matczynym spojrzeniu.
Widzę Cię jak mając jakieś dwa latka leżysz razem z bratem przed telewizorem na uwalonym na dywanie cielsku Arisa, naszego psa. Aris świetnie zaakceptował dwoje nowych członków stada i byliście naprawdę fajną zgraną trójeczką, z którą było co robić. Na przykład brałam Ciebie w wózeczku, Jasia na rowerku popychanym i Arisa na smyczy do lasu na końcu ulicy. Ale zanim docieraliśmy do oazy spokoju musiałam się nieźle namęczyć, żeby utrzymać 20kg umięśnionego amstaffa na smyczy szczekającego na inne psy na ulicy, pchając jednocześnie i wózek i rowerek! Arisa możesz nie pamiętać, bo wkrótce potem odszedł w towarzystwie burzy z deszczem i tęczy.
Super szybko uczyłaś się stawac przy różnych meblach, ale ulubionym twoim oparciem był stoliczek zabawkowy, na którym były róźne błyskotki. Chodziłaś wokół niego dumna jak paw, że już nie musisz za rączkę. Całkowicie sama zaczęłaś chodzić w wieku ok 11 miesięcy.
Potem była pora na przedszkole. Ponieważ Jasiu już tam chodził, Ty też nie miałaś obaw przed pierwszym dniem. Jednak, jak się okazało, nie było to tak łatwe w praktyce. Po pierwszym radosnym dniu, uległaś presji innych wyjących kolegów i koleżanek z grupy. To było pobojowisko i nie dziwię Ci się, że nie chciałaś zostawać w tej Straży Pożarnej, Przez pierwszy miesiąc syreny nie ustawały, i Ty bidulko też płakałaś, a ja razem z Tobą. Oczywiście mój płacz z żalu zaczynał się tuż po zamknięci za sobą drzwi, a wzmagał się kiedy idąc wzdłuż budynku ciągle, słyszałam Twój szloch za mamą. Ponoć tak już jest że dzieci płaczą, ale mam wrażenie że po prostu za wcześnie jest oddawać trzyletnie dziecko do przedszkola. Ty Kochana , na szczęście dałaś radę szybko się przystosować i wkrótce utworzyłyście super trójcę wraz z Amelką i Dominiką.
Jesteś moją gwiazdeczką, jak coś zapodzieję to mogę liczyć na to, że gdzieś to zauważyłaś w domu i mi to przyniesiesz, albo że sama z siebie weźmiesz szmatkę i zaczniesz wycierać kurze nie tylko u siebie, ale także u brata w pokoju. Przed spaniem lubisz zrobić porządek i mieć swój ład. Jesteś pokojowo nastawiona do świata, szanujesz ludzi i przyrodę. Uwielbiasz bablać się w błotku i bawić w piasku na plaży. Woda i taniec to Twoje żywioły. Bardzo zainteresowały Cię pozycje jogi i sama podążając za swoim ciałem wymyślasz nowe kształty i je pięknie nazywasz. Ostatnio ustawiłaś się w pozycji srebrzystej choinki! Pięknie malujesz, używasz całej gamy kolorów i tworzysz przemyślane kompozycje.
Masz dar intuicji. Wyczuwasz zmiany nastrojów, potrafisz przytulić i pocieszyć. Czasem mam wrażenie, że czytasz w moich myślach, a kiedyś w wielku 3-4 lat wypowiedziałaś niemal bezwiednie słowo: Bisia, kiedy ja właśnie myślałam o mojej babci!
Jesteś samodzielna. Duma mnie rozpiera i wielkie zadowolenie, kiedy odprowadzam Cię do przedszkola i siadam sobie wygodnie na fotelu, a Ty samiutka przebierasz się w szatni raz-dwa i z promiennym uśmiechem wystrzeliwujesz na schody uciekając przede mną (to taka nasza zabawa z gonienie i szczypanie po tyłku). W tym czasem inne mamy wraz z dziećmi kłębią się w wąskich przestrzeniach między szafkami i majstrują przy tych swoich bałwankach 2 razy dłużej niż ty sama się ogarniesz.
Jednak przy tej całej Twojej niezależności i samodzielności cały czas jesteś moją córeczką, którą się opiekuję i której potrzeby staram się łapać w mig, szczególnie kiedy się źle czujesz, bo jesteś chora albo jesteś rozdrażniona moją dłuższą nieobecnością. Wtedy wiem, że nie ma lepszego lekarstwa niż tulenie się i wspólne zasypianie. Mamy silną więź.
Wkrótce pierwsza klasa przed Tobą. Przedwcześnie, bo Jasiu mógł jeszcze iść jako 7-latek. Ty za chwilę skończysz 6 lat. Czeka Cię zmiana szkoły, przyjaciół i zasad. Wiem, że poradzisz sobie jak zawsze, ale już mi trochę szkoda, że ucieka Ci roczek beztroskiej zabawy na dywanie przedszkola i jeżdżenia wózkami ze swoimi psiapsiółkami. Życzę Ci żebyś spotkałą mądrą Panią nauczycielkę, która będzie dla Ciebie autorytetem, fajne bezpretensjonalne dzieciaki w swojej nowej klasie i czas na zabawę.
Pamiętaj, że ja zawsze będę przy Tobie i dla Ciebie, tak jak moja mama dla mnie:)
piątek, 25 października 2013
Para Przykładna
Spotkałam dziś Mammę-Rumianą i jej najwierniejszego Fana-Męża.
Przyszli do sklepu kupując dobrobyt i dostęp do świata –
laptopa używanego.
Pani-Mamma nawijała o ogółach, bo szczegóły były poza jej możliwościami
nateczasowymi zrozumienia, a Pan-Fan zagadywał tuż obok - mnie, Panią-Szefową.
- A Pani-Szefowa wie, że największym wrogiem mężczyzny jest
alkohol i papierosy. Bo ja nie palę i nie piję całe życie, alkoholu to po
prostu nie cierpię. Ale mam też moją ulubioną chorobę – uwielbiam codziennie wypić
przedpołudniem kawę i zjeść dobre ciasto. Aha i jeszcze jestem uzależniony od
roweru, mam tam w garażu Merca – ale jak mam po niego iść to chory jestem.. niech
Pani-Szefowa patrzy (pokazuje mi jak
podnosi lewą nogę i kręci nią energicznie wyimaginowanym pedałem, unosząc jednocześnie ramiona naprzemiennie) - 73 lata, Pani
widzi.. nieźle, nie!
A Pani Rumiana-Mamma z loczkiem na czole i krągłościami miękkimi
zajmuje się Panem B. – naszym przystojnym sprzedawcą, który tłumaczy tajniki
podłączenia do lapsa myszki na usb.
– Ależ on ładny
chłopak, no jejka taki ładny jak malowany!
Naprawdę – mówi do Męża-Fana - nasze chłopaki ładne są, ale Pan B. jest
przepiękny! Mąż kiwa głową bezwarunkowo się zgadzając.
- Ehh – sapie Mąż na stronie - Szefowa, ile to się
należy?
- Nie powiem - mówię z
przekorą, zauroczona całą sytuacją - to kolega wie, ale jest zajęty Pana żoną.
- Ależ niech Pani
zapyta, niech Pani zapyta! - naciera.
Odczekuję cztery zdania na temat bezpiecznego zamykania
systemu i wtrącam – a ile B.?
- A tyle .. – mówi zapocony intensywnością słów oraz pochwał
B.
Mówię: - A tyle.. i
Pan z kiejdy wyciąga zwitek, sto, dwieście… - O, tyle.
Pan-Fan całuje z namaszczeniem moją dłoń, ściskającą jeszcze zwitek banknotów i Dziękuje, szczerze z serca i z radością (która dzieciom dana od zarania, zanika zazwyczaj niepostrzeżenie pod wpływem odpowiedzialności, opatrznie rozumianej jako kary za grzechy).
Pan-Fan całuje z namaszczeniem moją dłoń, ściskającą jeszcze zwitek banknotów i Dziękuje, szczerze z serca i z radością (która dzieciom dana od zarania, zanika zazwyczaj niepostrzeżenie pod wpływem odpowiedzialności, opatrznie rozumianej jako kary za grzechy).
Po całej serii prostych komend naszego przeuroczego B.,
Pani-Rumiana ukontentowana udanym "zamknięciem systemu" pakuje, a właściwie daje
do spakowania w eko-siatkę swojemu
ukochanemu sprzęt nabyty i oto słucham na koniec wynurzeń bezcennych Państwa Przykładnych:
- A czy Pani wie jaka jest moja zasada? Kochać, szanować i
słuchać żony! I wiesz Pani? Tak od 50 lat! Nawet nam Pan Komorowski order
przysłał. To ja zrobiłem z tej okazji obiad w restauracji i tańce. Pani-Rumiana
mówi – niemrawe już były.. Na co Pan-Fan
puszcza oko, czym nie wydaje się zmartwiony.
Dowiaduję się również prawdy Pani-Rumianej - z ust
jej męża oczywiście - „na ile zasłużysz
tyle będzie ci dane”.
Puentuję to po swojemu - „ile włożysz tyle wyjmiesz”.
Wszyscy kiwamy głowami ze zrozumieniem.
poniedziałek, 7 października 2013
Italia – bosa jesień
Italia – w słodyczy śniadań i intensywności doznań gołych
stóp w październiku, skąpana.
Jest taki moment
kiedy już trzeba te słowa wypowiedzieć, żeby nie stracić tej chwili. To jest
mój moment, bo włoski nadmorski kurort
we wczesnym październiku to raj dla nas ludzi z północy, zachwycających się o
tej porze obfitością grzybów w leśnych ostępach, ubranych na wskroś w ciepłe
kamizelki chroniące przed rześkim jesiennym powietrzem.
Italia pojawiła się na mojej skórze podmuchem ciepłego powietrza
na płycie lotniska, palmami, opuncjami i kwietnymi zaroślami na drodze do
Rzymu, strajkiem kogoś tam w tle i spóźnionym pociągiem z dużą ilością
dojeżdżających do pracy tubylców, ze świecącymi smartfonami przed nosem.
Ciepło to pierwsza, a wolność toostatnia radość z pobytu tutaj. Chociaż pomiędzy tymi
dominującymi doznaniami jest wielka
radość z przebywania w zawieszeniu czasoprzestrzennym z dobrym towarzystwem i widokami i okraszającym
to wszystko trunkiem.
Czyż nie jest to naturalna potrzeba człowieka dotykać gołą
stopą ziemi bez konieczności ubierania jej w najmodniejsze nawet włoskie
kozaki.
Gołe stopy mają tu swoją ojczyznę. Gołe ramiona, od czasu do czasu
okryte szalem od bryzy morskiej, mają tu swój dom. A głowa parująca oparami
kartonowego wina, o pysznym smaku i jeszcze pyszniejszym działaniu, ma tu swoją
spokojną przystań.
Spoglądając z oszklonego balkonu słyszę morze rozbijające fale
w rytmie świata i mojego serca. Widzę
Panią z zakupami, która idzie kilka kroków w kierunku morza, tylko po to żeby
na chwilę zakontepmlować pobliski żywioł i wraca drogą, którą przyszła. Kolejny
dzień z rzędu widzę ogorzałych słońcem Panów w wieku spokojnym, człapiących z
rana w kaloszach brzegiem ich świata, a wieczorem zarzucających wędki z samego
brzegu, chyba tylko po to żeby w spokoju asystować słońcu w przejściu na
antypody. Patrząc na nich mam wrażenie, że ten codzienny spektakl ma miejsce
dzięki ich udziałowi i stanowi ich i
przy okazji naszą świadomą nagrodę.
Chłonąc ciemność rozświetlaną łuną znad miasta, cieszę się,
że słońce właśnie cieszy inne strony i
że mój czas dzisiejszy szczęśliwie dobiega końca. Z uwagą czekam na jutro, na czas pogody,
którą zabieram z sobą.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



