Zło jest złe i to jest oczywistość, ale zaniechanie i
bierność jeszcze gorsze bo to one zalewają świat falą obłudy, lenistwa i
niechęci do zmian na lepsze. Sami się pogrążamy w bez-nadziei nie dając jej sobie. A wystarczyłoby raz, drugi i piąty zwyczajnie
przełamać się, wyciągnąć swoją silną rękę do drugiej istoty (nie tylko człowiekaJ)
żeby poczuć własną moc. Nie tylko Ochojska, Matka Teresa, Caritas, PETA czy WWF
są uprawnieni przez nas społeczeństwo do pomagania, co czynią sumiennie i na
wielką skalę. Takie organizacje na pewno znacznie nam ułatwiają utrzymanie własnego
sumienia w czystości, w końcu wystarczy podarować parę zł i oddelegować innych
do pomagania.
Pytanie czy taki gest w pełni napoi naszą spragnioną duszę
ambrozją dobroci?
Dobroć nie jest bierna, nie można jej wymodlić, czy wybłagać.
A przecież jest esencją życia. Skąd ją brać?
Dobroć jest wydatkiem, inwestycją i w całkowitej mierze
bierze się z naszego nastawienia i naszych czynów, pierwotnie wypływa z każdego
z nas. Każdy okruszek pozytywnego nastawienia do świata otaczającego, każdy
uśmiech, każde gromkie DZIEŃDOBRY wprawiają w ruch ogromną machinę dobroci,
otwierają w nas szufladki wypełnione mieniącymi się precjozami naszej pozytywnej
energii, czasem wyważają zakurzone i zamknięte na cztery spusty szkatuły, a innym razem
strącają lśniący pył radości z głów osób, które już TO wiedzą. To jak głęboko
nasza dobroć jest ukryta i zatajona, lub odwrotnie jak bardzo nas otula i daje
radość i spełnienie, zależy od nas samych.
Dobroć jest stanem, a nie bezwzględną wartością, trzeba ją ciągle poić, karmić
i o nią dbać – naszymi myślami i czynami.
Aby polepszać jakość życia, budować swoją siłę i wzmacniać energię życiową trzeba (banalnie,
powtórzę za wieloma innymi ludźmi, masowo oświecanymi w erze WODNIKA) ZACZĄĆ OD
SIEBIE. Siebie pokochać, sobie sprawiać przyjemności przez codzienne celebrowanie każdej chwili i innych tym zarażać, co w przeciwieństwie do chorób (które sami
sobie fundujemy) jest błogosławieństwem od Najwyższego.
Zadanie mam dla siebie: świadomie co godzinę szukać co najmniej jednego CUDU. Coś mi się zdaje,
że to nie będzie trudne, a Wy co o tym myślicie?:)