piątek, 22 lutego 2013

DZIEŃDOBRY!



Zło jest złe i to jest oczywistość, ale zaniechanie i bierność jeszcze gorsze bo to one zalewają świat falą obłudy, lenistwa i niechęci do zmian na lepsze. Sami się pogrążamy w bez-nadziei  nie dając jej sobie.  A wystarczyłoby raz, drugi i piąty zwyczajnie przełamać się, wyciągnąć swoją silną rękę do drugiej istoty (nie tylko człowiekaJ) żeby poczuć własną moc. Nie tylko Ochojska, Matka Teresa, Caritas, PETA czy WWF są uprawnieni przez nas społeczeństwo do pomagania, co czynią sumiennie i na wielką skalę. Takie organizacje na pewno znacznie nam ułatwiają utrzymanie własnego sumienia w czystości, w końcu wystarczy podarować parę zł i oddelegować innych do pomagania.

Pytanie czy taki gest w pełni napoi naszą spragnioną duszę ambrozją dobroci?
Dobroć nie jest bierna, nie można jej wymodlić, czy wybłagać.  A przecież jest esencją życia. Skąd ją brać?
Dobroć jest wydatkiem, inwestycją i w całkowitej mierze bierze się z naszego nastawienia i naszych czynów, pierwotnie wypływa z każdego z nas. Każdy okruszek pozytywnego nastawienia do świata otaczającego, każdy uśmiech, każde gromkie DZIEŃDOBRY wprawiają w ruch ogromną machinę dobroci, otwierają w nas szufladki wypełnione mieniącymi się precjozami naszej pozytywnej energii, czasem wyważają zakurzone i zamknięte na cztery spusty szkatuły, a innym razem strącają lśniący pył radości z głów osób, które już TO wiedzą. To jak głęboko nasza dobroć jest ukryta i zatajona, lub odwrotnie jak bardzo nas otula i daje radość i spełnienie, zależy od nas samych.  
Dobroć jest stanem, a nie bezwzględną wartością, trzeba ją ciągle poić, karmić  i o nią dbać – naszymi myślami i czynami.
Aby polepszać jakość życia, budować swoją siłę i wzmacniać energię życiową trzeba (banalnie, powtórzę za wieloma innymi ludźmi, masowo oświecanymi w erze WODNIKA) ZACZĄĆ OD SIEBIE. Siebie pokochać, sobie sprawiać przyjemności przez codzienne celebrowanie każdej chwili i innych tym zarażać, co w przeciwieństwie do chorób (które sami sobie fundujemy) jest błogosławieństwem od Najwyższego.
Zadanie mam dla siebie: świadomie co godzinę szukać  co najmniej jednego CUDU. Coś mi się zdaje, że to nie będzie trudne, a Wy co o tym myślicie?:)

wtorek, 5 lutego 2013

być znaczy mieć

Zbieram się od jakiegoś czasu z napisaniem tego wyznania. Kaszle dzieciowe i chwilowe uziemienie dało mi chwilę na zastanowieniem się o CZYM właściwie chcę napisać. Bo że mnie okradziono to fakt.

W biały dzień, z przedpokoju mojej koleżanki, u której byłam na kawce i pogaduchach, zabrano mi torebkę. Ktoś wszedł do domu, gdy moja koleżanka i ja siedziałyśmy w drugim końcu salonu, dzieci bawiły się na górze, a pan domu pracował w swoim gabiniecie. No i stało się, ktoś miał na tyle odwagi i determinacji, żeby przekroczyć próg niestety otwartej bramy, następnie nacisnął klamkę, która bezszelestnie ustąpiła (zamykajcie drzwi na klucz ludziska!) i po czterech zdradzieckich krokach już trzymał w ręce moje skarby, odwót i w nogi. Ha udało mu się, jego szczęście a mój pech. Cóż o jego szcześciu, albo raczej złudnym poczuciu triumfu, bo niewątpliwie się cieszył z udanego skoku, mówić nie będę, poza tym że współczuję mu że taki marne życie wybrał i jest złodziejem.

Zadziwiły mnie za to moje odczucia. Pierwsza rzeczą która mi przyszła do głowy, kiedy jeszcze gospodarze gorączkowo przeszukiwali bezskutecznie cały dom  było, że okradziono mnie, a drugą myślą goniącą tę pierwszą z prędkością błyskawicy było to, że na szczęście straciłam tak niewiele. Tylko torebkę, a nie samochód (dla mnie bardzo ważny środek do swobodnego przemieszczania się), albo bezcenne zdrowie i życie. Trzecią myślą było zatęsknienie za moim scyzorykiem i całą masą ważnych dokumentów, które trzeba będzie zrekunstruować. A jednak najsilniejszą myślą, która przyprawiała mnie o łzy szczęścia, przeplatane ze łzami wściekłości,  było to że żyjemy i że to wszystko co zginęło to tylko rzeczy.

Myślałam, czasem nawet bezwiednie, o tym wydarzeniu przez kolejne kilka dni, miotając się pomiędzy wściekłością a euforią i i zadziwiający obraz przyczyny stanął przede mną jak wryty. Kradzież była wynikiem moich przemyśleń o chęci dzielenia się, które tylko spełzały na wpłatach marnych 20zł na różne fundacje. No coż jak się okazuje myśli sprawcze nie dotyczą tylko spełniania marzeń z pozytywnym dla nas rezultatem. Dostałam lekcje dzielenia sie wspak, czyli przez zabieranie.

I tak oto dochodzimy do puenty: złe wydarzenia są też ważne bo przypominają nam, że największym skarbem jest życie, a nie brylanty, samochody i grube portfele!
CARPE DIEM:)