Mam taki plan już od dłuższego czasu, żeby nadrobić te wspomnienia, których nie zapisałam o Tobie, bo byłam bardzo zajęta dwójką malutkich dzieci, Tobą i Twoim malutkim jeszcze i wymagającym równie dużej, jeśli nie większej uwagi, braciszkiem. Gdy Jasiu był tyci, był pierwszy i pilnie notowałam jego PIERWSZE w specjalnek książce. A Twoje PIERWSZE Kochana Córeczko uciekły i rozmyły się jak resztki gwieździstej nieprzespanej nocy wraz z porannym zmęczeniem.
Czas szybko leci, teraz masz już 5 lat. Kiedy to piszę jest czas przedświąteczny, choinka błyszczy się kolorowymi lampkami i bombkami kupionymi przez was razem z tatą, prezenty czekają na zapakowanie, a maszynka do mielenia na mak na makiełki. W domu cicho - nasłuchuję swoich wspomnień o małej Zosi.
Zosiu, jak się tylko urodziłaś przyssałaś się do mojej piersi i nie chciałaś mnie puścić przez całą pierwszą nockę. Potrzeba bliskości była u Ciebie tak silna od pierwszego dnia. Dopiero babcia Ela i ciocia Anetka przyniosły na drugi dzień smoczek z kaczuszką i na czas Twoich drzemek miałaś małego udawacza, w którym się okrutnie zakochałaś i do spania dyduś był niezastąpiony, aż do czasu ukończenia przez Ciebie 2 latek. Wtedy "prawie" sama, rozsądnie zrezygnowałaś z małego uzależniacza. Zaznaczam rozsądnie, bo Ty moja droga kobietko, od zawsze miałaś taki zmysł rozsądku i poukładania. Była z Ciebie zawsze bystra obserwatorka i bezkonfliktowa towarzyszka zabaw, no i przede wszystkim "Mamy Tulitko". Zawsze na moje pytanie - "kto jest mamy tulitkiem?", podnosiłaś rezolutnie główkę i patrząc ufnie swoimi wielkimi niebieskimi oczami mówiłas z rozanielającym uśmiechem: - Tutaj!. Cudnie jest to słyszeć trzymając Cię w objęciach do dziś i mam nadzieję, że jak najdłużej:).
Pamiętam taką scenę - samą słodycz, jak zasnęłaś na huśtawce ogrodowej, w ciepłe letnie popołudnie, osłonięta nieco od przebijającego gdzieniegdzie leniwego słońca. Nie potrzebowałaś żadnego przykrycia, ciepłe bodaj lipcowe powietrze okrywało Cię miękką kołderką utkaną z puchu skrzydeł anielich, które otaczały Cię swoim opiekuńczym nimbem ze wszystkich stron. Mam to przed oczami: mała, bezbronna istota, taka nieodgadniona w swoich zamiarach i tak bezwiednie zatopiona w zachwyconym matczynym spojrzeniu.
Widzę Cię jak mając jakieś dwa latka leżysz razem z bratem przed telewizorem na uwalonym na dywanie cielsku Arisa, naszego psa. Aris świetnie zaakceptował dwoje nowych członków stada i byliście naprawdę fajną zgraną trójeczką, z którą było co robić. Na przykład brałam Ciebie w wózeczku, Jasia na rowerku popychanym i Arisa na smyczy do lasu na końcu ulicy. Ale zanim docieraliśmy do oazy spokoju musiałam się nieźle namęczyć, żeby utrzymać 20kg umięśnionego amstaffa na smyczy szczekającego na inne psy na ulicy, pchając jednocześnie i wózek i rowerek! Arisa możesz nie pamiętać, bo wkrótce potem odszedł w towarzystwie burzy z deszczem i tęczy.
Super szybko uczyłaś się stawac przy różnych meblach, ale ulubionym twoim oparciem był stoliczek zabawkowy, na którym były róźne błyskotki. Chodziłaś wokół niego dumna jak paw, że już nie musisz za rączkę. Całkowicie sama zaczęłaś chodzić w wieku ok 11 miesięcy.
Potem była pora na przedszkole. Ponieważ Jasiu już tam chodził, Ty też nie miałaś obaw przed pierwszym dniem. Jednak, jak się okazało, nie było to tak łatwe w praktyce. Po pierwszym radosnym dniu, uległaś presji innych wyjących kolegów i koleżanek z grupy. To było pobojowisko i nie dziwię Ci się, że nie chciałaś zostawać w tej Straży Pożarnej, Przez pierwszy miesiąc syreny nie ustawały, i Ty bidulko też płakałaś, a ja razem z Tobą. Oczywiście mój płacz z żalu zaczynał się tuż po zamknięci za sobą drzwi, a wzmagał się kiedy idąc wzdłuż budynku ciągle, słyszałam Twój szloch za mamą. Ponoć tak już jest że dzieci płaczą, ale mam wrażenie że po prostu za wcześnie jest oddawać trzyletnie dziecko do przedszkola. Ty Kochana , na szczęście dałaś radę szybko się przystosować i wkrótce utworzyłyście super trójcę wraz z Amelką i Dominiką.
Jesteś moją gwiazdeczką, jak coś zapodzieję to mogę liczyć na to, że gdzieś to zauważyłaś w domu i mi to przyniesiesz, albo że sama z siebie weźmiesz szmatkę i zaczniesz wycierać kurze nie tylko u siebie, ale także u brata w pokoju. Przed spaniem lubisz zrobić porządek i mieć swój ład. Jesteś pokojowo nastawiona do świata, szanujesz ludzi i przyrodę. Uwielbiasz bablać się w błotku i bawić w piasku na plaży. Woda i taniec to Twoje żywioły. Bardzo zainteresowały Cię pozycje jogi i sama podążając za swoim ciałem wymyślasz nowe kształty i je pięknie nazywasz. Ostatnio ustawiłaś się w pozycji srebrzystej choinki! Pięknie malujesz, używasz całej gamy kolorów i tworzysz przemyślane kompozycje.
Masz dar intuicji. Wyczuwasz zmiany nastrojów, potrafisz przytulić i pocieszyć. Czasem mam wrażenie, że czytasz w moich myślach, a kiedyś w wielku 3-4 lat wypowiedziałaś niemal bezwiednie słowo: Bisia, kiedy ja właśnie myślałam o mojej babci!
Jesteś samodzielna. Duma mnie rozpiera i wielkie zadowolenie, kiedy odprowadzam Cię do przedszkola i siadam sobie wygodnie na fotelu, a Ty samiutka przebierasz się w szatni raz-dwa i z promiennym uśmiechem wystrzeliwujesz na schody uciekając przede mną (to taka nasza zabawa z gonienie i szczypanie po tyłku). W tym czasem inne mamy wraz z dziećmi kłębią się w wąskich przestrzeniach między szafkami i majstrują przy tych swoich bałwankach 2 razy dłużej niż ty sama się ogarniesz.
Jednak przy tej całej Twojej niezależności i samodzielności cały czas jesteś moją córeczką, którą się opiekuję i której potrzeby staram się łapać w mig, szczególnie kiedy się źle czujesz, bo jesteś chora albo jesteś rozdrażniona moją dłuższą nieobecnością. Wtedy wiem, że nie ma lepszego lekarstwa niż tulenie się i wspólne zasypianie. Mamy silną więź.
Wkrótce pierwsza klasa przed Tobą. Przedwcześnie, bo Jasiu mógł jeszcze iść jako 7-latek. Ty za chwilę skończysz 6 lat. Czeka Cię zmiana szkoły, przyjaciół i zasad. Wiem, że poradzisz sobie jak zawsze, ale już mi trochę szkoda, że ucieka Ci roczek beztroskiej zabawy na dywanie przedszkola i jeżdżenia wózkami ze swoimi psiapsiółkami. Życzę Ci żebyś spotkałą mądrą Panią nauczycielkę, która będzie dla Ciebie autorytetem, fajne bezpretensjonalne dzieciaki w swojej nowej klasie i czas na zabawę.
Pamiętaj, że ja zawsze będę przy Tobie i dla Ciebie, tak jak moja mama dla mnie:)
niedziela, 22 grudnia 2013
piątek, 25 października 2013
Para Przykładna
Spotkałam dziś Mammę-Rumianą i jej najwierniejszego Fana-Męża.
Przyszli do sklepu kupując dobrobyt i dostęp do świata –
laptopa używanego.
Pani-Mamma nawijała o ogółach, bo szczegóły były poza jej możliwościami
nateczasowymi zrozumienia, a Pan-Fan zagadywał tuż obok - mnie, Panią-Szefową.
- A Pani-Szefowa wie, że największym wrogiem mężczyzny jest
alkohol i papierosy. Bo ja nie palę i nie piję całe życie, alkoholu to po
prostu nie cierpię. Ale mam też moją ulubioną chorobę – uwielbiam codziennie wypić
przedpołudniem kawę i zjeść dobre ciasto. Aha i jeszcze jestem uzależniony od
roweru, mam tam w garażu Merca – ale jak mam po niego iść to chory jestem.. niech
Pani-Szefowa patrzy (pokazuje mi jak
podnosi lewą nogę i kręci nią energicznie wyimaginowanym pedałem, unosząc jednocześnie ramiona naprzemiennie) - 73 lata, Pani
widzi.. nieźle, nie!
A Pani Rumiana-Mamma z loczkiem na czole i krągłościami miękkimi
zajmuje się Panem B. – naszym przystojnym sprzedawcą, który tłumaczy tajniki
podłączenia do lapsa myszki na usb.
– Ależ on ładny
chłopak, no jejka taki ładny jak malowany!
Naprawdę – mówi do Męża-Fana - nasze chłopaki ładne są, ale Pan B. jest
przepiękny! Mąż kiwa głową bezwarunkowo się zgadzając.
- Ehh – sapie Mąż na stronie - Szefowa, ile to się
należy?
- Nie powiem - mówię z
przekorą, zauroczona całą sytuacją - to kolega wie, ale jest zajęty Pana żoną.
- Ależ niech Pani
zapyta, niech Pani zapyta! - naciera.
Odczekuję cztery zdania na temat bezpiecznego zamykania
systemu i wtrącam – a ile B.?
- A tyle .. – mówi zapocony intensywnością słów oraz pochwał
B.
Mówię: - A tyle.. i
Pan z kiejdy wyciąga zwitek, sto, dwieście… - O, tyle.
Pan-Fan całuje z namaszczeniem moją dłoń, ściskającą jeszcze zwitek banknotów i Dziękuje, szczerze z serca i z radością (która dzieciom dana od zarania, zanika zazwyczaj niepostrzeżenie pod wpływem odpowiedzialności, opatrznie rozumianej jako kary za grzechy).
Pan-Fan całuje z namaszczeniem moją dłoń, ściskającą jeszcze zwitek banknotów i Dziękuje, szczerze z serca i z radością (która dzieciom dana od zarania, zanika zazwyczaj niepostrzeżenie pod wpływem odpowiedzialności, opatrznie rozumianej jako kary za grzechy).
Po całej serii prostych komend naszego przeuroczego B.,
Pani-Rumiana ukontentowana udanym "zamknięciem systemu" pakuje, a właściwie daje
do spakowania w eko-siatkę swojemu
ukochanemu sprzęt nabyty i oto słucham na koniec wynurzeń bezcennych Państwa Przykładnych:
- A czy Pani wie jaka jest moja zasada? Kochać, szanować i
słuchać żony! I wiesz Pani? Tak od 50 lat! Nawet nam Pan Komorowski order
przysłał. To ja zrobiłem z tej okazji obiad w restauracji i tańce. Pani-Rumiana
mówi – niemrawe już były.. Na co Pan-Fan
puszcza oko, czym nie wydaje się zmartwiony.
Dowiaduję się również prawdy Pani-Rumianej - z ust
jej męża oczywiście - „na ile zasłużysz
tyle będzie ci dane”.
Puentuję to po swojemu - „ile włożysz tyle wyjmiesz”.
Wszyscy kiwamy głowami ze zrozumieniem.
poniedziałek, 7 października 2013
Italia – bosa jesień
Italia – w słodyczy śniadań i intensywności doznań gołych
stóp w październiku, skąpana.
Jest taki moment
kiedy już trzeba te słowa wypowiedzieć, żeby nie stracić tej chwili. To jest
mój moment, bo włoski nadmorski kurort
we wczesnym październiku to raj dla nas ludzi z północy, zachwycających się o
tej porze obfitością grzybów w leśnych ostępach, ubranych na wskroś w ciepłe
kamizelki chroniące przed rześkim jesiennym powietrzem.
Italia pojawiła się na mojej skórze podmuchem ciepłego powietrza
na płycie lotniska, palmami, opuncjami i kwietnymi zaroślami na drodze do
Rzymu, strajkiem kogoś tam w tle i spóźnionym pociągiem z dużą ilością
dojeżdżających do pracy tubylców, ze świecącymi smartfonami przed nosem.
Ciepło to pierwsza, a wolność toostatnia radość z pobytu tutaj. Chociaż pomiędzy tymi
dominującymi doznaniami jest wielka
radość z przebywania w zawieszeniu czasoprzestrzennym z dobrym towarzystwem i widokami i okraszającym
to wszystko trunkiem.
Czyż nie jest to naturalna potrzeba człowieka dotykać gołą
stopą ziemi bez konieczności ubierania jej w najmodniejsze nawet włoskie
kozaki.
Gołe stopy mają tu swoją ojczyznę. Gołe ramiona, od czasu do czasu
okryte szalem od bryzy morskiej, mają tu swój dom. A głowa parująca oparami
kartonowego wina, o pysznym smaku i jeszcze pyszniejszym działaniu, ma tu swoją
spokojną przystań.
Spoglądając z oszklonego balkonu słyszę morze rozbijające fale
w rytmie świata i mojego serca. Widzę
Panią z zakupami, która idzie kilka kroków w kierunku morza, tylko po to żeby
na chwilę zakontepmlować pobliski żywioł i wraca drogą, którą przyszła. Kolejny
dzień z rzędu widzę ogorzałych słońcem Panów w wieku spokojnym, człapiących z
rana w kaloszach brzegiem ich świata, a wieczorem zarzucających wędki z samego
brzegu, chyba tylko po to żeby w spokoju asystować słońcu w przejściu na
antypody. Patrząc na nich mam wrażenie, że ten codzienny spektakl ma miejsce
dzięki ich udziałowi i stanowi ich i
przy okazji naszą świadomą nagrodę.
Chłonąc ciemność rozświetlaną łuną znad miasta, cieszę się,
że słońce właśnie cieszy inne strony i
że mój czas dzisiejszy szczęśliwie dobiega końca. Z uwagą czekam na jutro, na czas pogody,
którą zabieram z sobą.
czwartek, 5 września 2013
.. no to lecę - o lecie
Zapomniałam już jak miło jest usiąść, a właściwie wyłożyć się na łóżku z ciepłym lapsem na brzuchu i pisać.. pisać co wena ściągnie z eteru. Fajnie sobie chłodkiem leci z uchylonego okna w ten ciepły wrześniowy wieczór, psy odszczekują wieczorne ploty, dzieci śpią, przykryte po uszy kołderkami w owieczki czy żyrafy, a zabłąkany komar głośno bzyczy przy uchu - pac. Chciałoby się powiedzieć chwilo trwaj.
Lato w tym roku tak nas cudnie dopieściło słoneczkiem, a nawet upałem klejąco-rozleniwiająco-rozanielającym. Na te nadchodzące chłody i szarości chcę zostawić w głowie jak najszczegółowszy i najrealniejszy obraz lata. Kiedy wieczory nigdy się nie kończyły, świersze i inne dzwonki dawały upust swym żądzom, księżycowa bryza dawała wytchnienie upoconym skroniom, a zroszona zimnem butelka kasztelana obiecywała beztroskie otępienie. Rześkie poranki szkliły się rosą od prawie nocnych godzin, a wschody słońca choć niezmienne, były inaczej każdego dnia osnute wstęgami malinowo-brzoskwiniowych chmur. Wczesne słońce, choć nie zawsze podziwiane, codzień pysznie pławiło się we własnym świetle doskonałości. Później przychodziły wesołe wczesne przedpołudnia, kiedy głodne brzuchy budziły śpiące królewny i królewiczów, a wyspane aż do opuchnięcia oczy, otwierały się ciekawe odcienia niebieskości malującej się za oknem. Po małym śniadanku - nieśpieszna kawka z ciachem, potem kąpiele wszelakie, to w jeziorze, to w morzu, albo w słońcu albo w zapachu igliwia na ścieżce leśnej, albo jeszcze w brunatnej Amazonce z Beatą - na stronach jej książek, które cudnie otwierały mi kolejne drzwi do poznania i podróżowania bez ruszania się z miejsca. To lato przyniosło mi również piękny rytuał codzienny - Powitanie Słońca. Wiem, że ta skromna sekwencja ruchów, będzie mi przypominać to lato i dawać energię na każdy dzień, nawet ten najzimniejszy, najbardziej wietrzny i najciemniejszy. DO LATA!
Lato w tym roku tak nas cudnie dopieściło słoneczkiem, a nawet upałem klejąco-rozleniwiająco-rozanielającym. Na te nadchodzące chłody i szarości chcę zostawić w głowie jak najszczegółowszy i najrealniejszy obraz lata. Kiedy wieczory nigdy się nie kończyły, świersze i inne dzwonki dawały upust swym żądzom, księżycowa bryza dawała wytchnienie upoconym skroniom, a zroszona zimnem butelka kasztelana obiecywała beztroskie otępienie. Rześkie poranki szkliły się rosą od prawie nocnych godzin, a wschody słońca choć niezmienne, były inaczej każdego dnia osnute wstęgami malinowo-brzoskwiniowych chmur. Wczesne słońce, choć nie zawsze podziwiane, codzień pysznie pławiło się we własnym świetle doskonałości. Później przychodziły wesołe wczesne przedpołudnia, kiedy głodne brzuchy budziły śpiące królewny i królewiczów, a wyspane aż do opuchnięcia oczy, otwierały się ciekawe odcienia niebieskości malującej się za oknem. Po małym śniadanku - nieśpieszna kawka z ciachem, potem kąpiele wszelakie, to w jeziorze, to w morzu, albo w słońcu albo w zapachu igliwia na ścieżce leśnej, albo jeszcze w brunatnej Amazonce z Beatą - na stronach jej książek, które cudnie otwierały mi kolejne drzwi do poznania i podróżowania bez ruszania się z miejsca. To lato przyniosło mi również piękny rytuał codzienny - Powitanie Słońca. Wiem, że ta skromna sekwencja ruchów, będzie mi przypominać to lato i dawać energię na każdy dzień, nawet ten najzimniejszy, najbardziej wietrzny i najciemniejszy. DO LATA!
czwartek, 25 kwietnia 2013
Wiosenne porządki
Wiosna, wiosna ach to ty! Wreszcie nasz las, już można go
spowrotem zasiedlić. Zima długo trzymała
nasz domek w swoim władaniu. Uczynili to również na długim i śnieżnym
przedwiośniu złodzieje-złomiarze. Dlatego zamiast się cieszyć, relaksem w
hamaku, trza się brać za kładzenie na nowo instalacji wodnej i wymieniać dach.
Cóż, złomiarze wyrwali swoje pięć groszy, wycinając rurki miedziane i
zabierając wszystko co metalowe, łącznie z kranami, a przy okazji nadepnęli na
wydelikacony przez mech i czas dach, który się załamał. I koszty gotowe. Ale
cóż, ten co ma musi się liczyć z amortyzacją, fachwowo to ujmując. Mój
mężczyzna na szczęście jest sprawny, a nawet zarażony pasją do takiej roboty,
więc działa dziarsko, a nawet kropelkami potu pod nosem czasami. Mi pozostaje obsługa
garkuchni (w postaci grilla zazwyczaj)oraz
sprzątanie, które do moich pasji nie należy. Właśnie mała chwila na kawkę po
niekończącym grabieniu igliwia. A potem biorę się za powierzchnie bardziej
płaskie, znaczy za dom. A może jednak
chwilka w hamaku.. nie zaszkodzi, a pomóc może. Woda się zagotowała, więc idę
sobie do świata pachnącego lasem, kominkiem i brzmiącego chórem ptaków i krzykiem
przelatujących w tą i spowrotem gęsi
(nie mogą się zdecydować na lokum, czy co? – przecież nie ma piękniejszego
miejsca!).
piątek, 22 lutego 2013
DZIEŃDOBRY!
Zło jest złe i to jest oczywistość, ale zaniechanie i
bierność jeszcze gorsze bo to one zalewają świat falą obłudy, lenistwa i
niechęci do zmian na lepsze. Sami się pogrążamy w bez-nadziei nie dając jej sobie. A wystarczyłoby raz, drugi i piąty zwyczajnie
przełamać się, wyciągnąć swoją silną rękę do drugiej istoty (nie tylko człowiekaJ)
żeby poczuć własną moc. Nie tylko Ochojska, Matka Teresa, Caritas, PETA czy WWF
są uprawnieni przez nas społeczeństwo do pomagania, co czynią sumiennie i na
wielką skalę. Takie organizacje na pewno znacznie nam ułatwiają utrzymanie własnego
sumienia w czystości, w końcu wystarczy podarować parę zł i oddelegować innych
do pomagania.
Pytanie czy taki gest w pełni napoi naszą spragnioną duszę
ambrozją dobroci?
Dobroć nie jest bierna, nie można jej wymodlić, czy wybłagać.
A przecież jest esencją życia. Skąd ją brać?
Dobroć jest wydatkiem, inwestycją i w całkowitej mierze
bierze się z naszego nastawienia i naszych czynów, pierwotnie wypływa z każdego
z nas. Każdy okruszek pozytywnego nastawienia do świata otaczającego, każdy
uśmiech, każde gromkie DZIEŃDOBRY wprawiają w ruch ogromną machinę dobroci,
otwierają w nas szufladki wypełnione mieniącymi się precjozami naszej pozytywnej
energii, czasem wyważają zakurzone i zamknięte na cztery spusty szkatuły, a innym razem
strącają lśniący pył radości z głów osób, które już TO wiedzą. To jak głęboko
nasza dobroć jest ukryta i zatajona, lub odwrotnie jak bardzo nas otula i daje
radość i spełnienie, zależy od nas samych.
Dobroć jest stanem, a nie bezwzględną wartością, trzeba ją ciągle poić, karmić
i o nią dbać – naszymi myślami i czynami.
Aby polepszać jakość życia, budować swoją siłę i wzmacniać energię życiową trzeba (banalnie,
powtórzę za wieloma innymi ludźmi, masowo oświecanymi w erze WODNIKA) ZACZĄĆ OD
SIEBIE. Siebie pokochać, sobie sprawiać przyjemności przez codzienne celebrowanie każdej chwili i innych tym zarażać, co w przeciwieństwie do chorób (które sami
sobie fundujemy) jest błogosławieństwem od Najwyższego.
Zadanie mam dla siebie: świadomie co godzinę szukać co najmniej jednego CUDU. Coś mi się zdaje,
że to nie będzie trudne, a Wy co o tym myślicie?:)
wtorek, 5 lutego 2013
być znaczy mieć
Zbieram się od jakiegoś czasu z napisaniem tego wyznania. Kaszle dzieciowe i chwilowe uziemienie dało mi chwilę na zastanowieniem się o CZYM właściwie chcę napisać. Bo że mnie okradziono to fakt.
W biały dzień, z przedpokoju mojej koleżanki, u której byłam na kawce i pogaduchach, zabrano mi torebkę. Ktoś wszedł do domu, gdy moja koleżanka i ja siedziałyśmy w drugim końcu salonu, dzieci bawiły się na górze, a pan domu pracował w swoim gabiniecie. No i stało się, ktoś miał na tyle odwagi i determinacji, żeby przekroczyć próg niestety otwartej bramy, następnie nacisnął klamkę, która bezszelestnie ustąpiła (zamykajcie drzwi na klucz ludziska!) i po czterech zdradzieckich krokach już trzymał w ręce moje skarby, odwót i w nogi. Ha udało mu się, jego szczęście a mój pech. Cóż o jego szcześciu, albo raczej złudnym poczuciu triumfu, bo niewątpliwie się cieszył z udanego skoku, mówić nie będę, poza tym że współczuję mu że taki marne życie wybrał i jest złodziejem.
Zadziwiły mnie za to moje odczucia. Pierwsza rzeczą która mi przyszła do głowy, kiedy jeszcze gospodarze gorączkowo przeszukiwali bezskutecznie cały dom było, że okradziono mnie, a drugą myślą goniącą tę pierwszą z prędkością błyskawicy było to, że na szczęście straciłam tak niewiele. Tylko torebkę, a nie samochód (dla mnie bardzo ważny środek do swobodnego przemieszczania się), albo bezcenne zdrowie i życie. Trzecią myślą było zatęsknienie za moim scyzorykiem i całą masą ważnych dokumentów, które trzeba będzie zrekunstruować. A jednak najsilniejszą myślą, która przyprawiała mnie o łzy szczęścia, przeplatane ze łzami wściekłości, było to że żyjemy i że to wszystko co zginęło to tylko rzeczy.
Myślałam, czasem nawet bezwiednie, o tym wydarzeniu przez kolejne kilka dni, miotając się pomiędzy wściekłością a euforią i i zadziwiający obraz przyczyny stanął przede mną jak wryty. Kradzież była wynikiem moich przemyśleń o chęci dzielenia się, które tylko spełzały na wpłatach marnych 20zł na różne fundacje. No coż jak się okazuje myśli sprawcze nie dotyczą tylko spełniania marzeń z pozytywnym dla nas rezultatem. Dostałam lekcje dzielenia sie wspak, czyli przez zabieranie.
I tak oto dochodzimy do puenty: złe wydarzenia są też ważne bo przypominają nam, że największym skarbem jest życie, a nie brylanty, samochody i grube portfele!
CARPE DIEM:)
W biały dzień, z przedpokoju mojej koleżanki, u której byłam na kawce i pogaduchach, zabrano mi torebkę. Ktoś wszedł do domu, gdy moja koleżanka i ja siedziałyśmy w drugim końcu salonu, dzieci bawiły się na górze, a pan domu pracował w swoim gabiniecie. No i stało się, ktoś miał na tyle odwagi i determinacji, żeby przekroczyć próg niestety otwartej bramy, następnie nacisnął klamkę, która bezszelestnie ustąpiła (zamykajcie drzwi na klucz ludziska!) i po czterech zdradzieckich krokach już trzymał w ręce moje skarby, odwót i w nogi. Ha udało mu się, jego szczęście a mój pech. Cóż o jego szcześciu, albo raczej złudnym poczuciu triumfu, bo niewątpliwie się cieszył z udanego skoku, mówić nie będę, poza tym że współczuję mu że taki marne życie wybrał i jest złodziejem.
Zadziwiły mnie za to moje odczucia. Pierwsza rzeczą która mi przyszła do głowy, kiedy jeszcze gospodarze gorączkowo przeszukiwali bezskutecznie cały dom było, że okradziono mnie, a drugą myślą goniącą tę pierwszą z prędkością błyskawicy było to, że na szczęście straciłam tak niewiele. Tylko torebkę, a nie samochód (dla mnie bardzo ważny środek do swobodnego przemieszczania się), albo bezcenne zdrowie i życie. Trzecią myślą było zatęsknienie za moim scyzorykiem i całą masą ważnych dokumentów, które trzeba będzie zrekunstruować. A jednak najsilniejszą myślą, która przyprawiała mnie o łzy szczęścia, przeplatane ze łzami wściekłości, było to że żyjemy i że to wszystko co zginęło to tylko rzeczy.
Myślałam, czasem nawet bezwiednie, o tym wydarzeniu przez kolejne kilka dni, miotając się pomiędzy wściekłością a euforią i i zadziwiający obraz przyczyny stanął przede mną jak wryty. Kradzież była wynikiem moich przemyśleń o chęci dzielenia się, które tylko spełzały na wpłatach marnych 20zł na różne fundacje. No coż jak się okazuje myśli sprawcze nie dotyczą tylko spełniania marzeń z pozytywnym dla nas rezultatem. Dostałam lekcje dzielenia sie wspak, czyli przez zabieranie.
I tak oto dochodzimy do puenty: złe wydarzenia są też ważne bo przypominają nam, że największym skarbem jest życie, a nie brylanty, samochody i grube portfele!
CARPE DIEM:)
piątek, 18 stycznia 2013
na zdrowie - ferie
Bałwana nie zdążyliśmy ulepić, tak się rozdelektowaliśmy tymi górskimi feriami. Im więcej dni mijało, z tym większą łatwością zgłębialiśmy tajniki odpoczywania i nie szukania na siłę zajęć. Wystarczy po prostu pozwolić czasowi płynąć, a on tak miękko unosi na łagodnej fali TU I TERAZ.
Narty - tak! jak ktoś chce, ale także sanki, albo jabłuszko, albo pławienie się leniwe w gorących termach przez całe popołudnie, ping-pong od rana, lub tv-nurkowanie na rafie po śniadaniu, naprzemiennie z drzemką naturalnie zakończoną pokrzykiwaniami znudzonych dzieci. Potem ciasteczko, albo cała ich paczka, nie pozwalające żołądkowi zapomnieć o późnym śniadaniu złożonym z pół bochenka chrupiącego chleba pochłoniętego z rozkoszą i pastą jajeczną albo własnej roboty dżemem porzeczkowym, zapijanym lurowatą herbatą z cytryną, dla odmiany wakacyjnej, słodzoną suto i bez wyrzutów. Do tego przepisu na idealny wypoczynek dołóżmy jeszcze grzane wino, piwo lub śliwowicę Łącką, czyli składniki dopełniające całość;)
"Ach jak przyjemnie kołysać się wśród fal" - tak można by określić słowami piosenki ten nasz raj w Gliczarowie Górnym, w którym pobyt dobiega końca. Jutro jedziemy do domu z naładowanymi akumulatorami i bardzo pełnymi brzuszkami:)
A 7 kwietnia półmaraton w Poznaniu, i jest ROBOTA.
Narty - tak! jak ktoś chce, ale także sanki, albo jabłuszko, albo pławienie się leniwe w gorących termach przez całe popołudnie, ping-pong od rana, lub tv-nurkowanie na rafie po śniadaniu, naprzemiennie z drzemką naturalnie zakończoną pokrzykiwaniami znudzonych dzieci. Potem ciasteczko, albo cała ich paczka, nie pozwalające żołądkowi zapomnieć o późnym śniadaniu złożonym z pół bochenka chrupiącego chleba pochłoniętego z rozkoszą i pastą jajeczną albo własnej roboty dżemem porzeczkowym, zapijanym lurowatą herbatą z cytryną, dla odmiany wakacyjnej, słodzoną suto i bez wyrzutów. Do tego przepisu na idealny wypoczynek dołóżmy jeszcze grzane wino, piwo lub śliwowicę Łącką, czyli składniki dopełniające całość;)
"Ach jak przyjemnie kołysać się wśród fal" - tak można by określić słowami piosenki ten nasz raj w Gliczarowie Górnym, w którym pobyt dobiega końca. Jutro jedziemy do domu z naładowanymi akumulatorami i bardzo pełnymi brzuszkami:)
A 7 kwietnia półmaraton w Poznaniu, i jest ROBOTA.
Subskrybuj:
Posty (Atom)