środa, 12 grudnia 2012

siła

Grudzień, ostatni dla całej ludzkości według Majów, a kolejny z wielu dla mnie. Czy będzie następny, nie wiem, bo nawet jeśli się nie skończy dla wszystkich równo w tym samym momencie, to dla wielu z nas lub ludzi których znamy będzie ostatni, bo taka jest kolej rzeczy.
Nie jesteśmy wieczni, chociaż większość z nas wierzy w to bardziej niż w Św. Mikołaja, siłę sprawczą myśli, a nawet samego Boga, którym świechtamy na prawo i lewo licząc, że nas uratuje i zbawi od zła które nas otacza, i wybaczy zaniechania dobra, które z wygody czynimy na codzień. Nie uratuje nas nic poza nami samymi. Nie uratuje nas myślenie o jutrze, ani żałowanie wczoraj. Uratuje nas dzisiaj. To jacy jesteśmy dzisiaj, co robimy teraz. Czy patrzymy na ludzi w koło jak na wspaniałe odrębne byty zawierające w swych duszach cząstki boskości, rozpierzchniętej po całym wszechświecie. Czy robimy gesty pozytywne wobec każdego; miłej Pani w sklepie, niegrzecznego klienta w firmie, głodnego kota miauczącego niemiłosiernie za oknem, czy małej mrówki pod naszym butem, którego możemy postawić kawałek dalej.
Czy TU I TERAZ nie jest esencją bycia i czy nie jest najwspanialszym i jednym realnym momentem naszego życia, które przecież może się skoczyć za chwilę.
Bądź Wola Twoja!

sobota, 17 listopada 2012

aż wstałam - Dzięki Martyna!








































Zaparło mi dech
..po mojej ostatniej piątkowej randce. Spotkałam się jak i wielu Staromiejszczan z Martyną Wojciechowską w sali gimnastycznej naszego Gimnazjum.
Wyobraźcie to sobie, ona medialna, podróźująca na kraj świata automaniaczka, z historią, którą możnaby obdarzyć ze dwie albo i osiem Martyn, ona, moja równieśniczka przyjechała do Starego Miasta.

Fajnie, że mamy taką prężnie działającą Bibliotekę Gminną, która już wielokrotnie zapraszała znane i ciekawe osoby, wymieniając tylko tych ostatnich: Marka Niedźwiedzkiego, Wojciecha Manna, Szymona Hołownię, Wojtka Cejrowskiego i wielu innych.

Inspirująco było..
Wiedzieliście, że Martyna dwukrotnie uszkodziła poważnie kręgosłup, raz na nartach w Karpaczu, a drugi w wypadku samochowowym, w którym zginął jej przyjaciel - operator, i dwukrotnie mówiono jej, że to już koniec dotychczasowego życia, a co ona na to: Niemożliwe? nieee.

Od dziecka uwielbiała motocylke, najpierw były te najmniejsze jak WSKa czy Jawa, żeby w wieku 17 lat zdobyć licencję i zacząć się ścigać na Torze Poznań. Potem był Automaniak i strzał w dziesiątkę TVNu, że to "kupił". Następnie Martyna jako kierowca ukończyła Rajd Dakar, jeszcze ten Afryce. Wraz ze swoim pilotem zrobili wersję low-bugdet, w przerwach regeneracyjncych śpiąc na ziemi lub serwisując swój samochód, pokonali całą trasę ucierając nosa wielu innym, którzy nie dojechali na metę. Ostatecznie zwątpiła w technikę i uznała zawodność sprzętu jezdnego i przestawiła się na walkę oko w oko z przyrodą. Zdobyła koronę ziemi, nie będąc alpinistką! Po prostu sobie to zamarzyła.

Najbardziej utkwił mi w pamięci jej Najwyższy Antarktydy - Mout Vinson. Po wielu dniach oczekiwania na okienko pogodowe, będąc na wyczerpaniu zapasów żywieniowych, zaatakowała szczyt, głodna i zmęczona. Pokazała krótki film ze szczytowania, na którym widać jak słaniając się dochodzi do najwyższego punktu i pada na kolana opierając się na czekanie, becząc, płacząc niepowtszrzmanie nie ze szczęścia, ale z żalu, że już nie będzie miała siły wrócić do bazy, do domu, do malutkiej córeczki. Wróciła, zajęło jej to 11 godzin walki o każdy krok, ruch nogą, podniesienie ręki z ciążącym czekanem, dającym jej zabezpieczenie w razie obsuwy. Gdy zeszła okazało się, że jej namiotu nie ma, duje przeraźlwie zimny wiatr, a ona jest na skraju swoich możliwości. Udało jej się przypiąć do innej ekipy, bo na tej wyprawie Martyna była sama. Przetrwała siłą woli.

Przeżyła również wiele innych przygód i niebezpieczeństw. Zdanie to brzmi banalnie, ale chyba najlepiej oddaje jej życie: pod napięciem, napierając i szukając następnego wyzwania.

Najpiękniejsze dla mnie z jej opowieści, snutej z pasją i w cudnym kontakcie z każdym z nas, uczestników tego spotkania, było marzenie podróźniczki. Ponieważ jej pięcioletnia obecnie córka - Marysia, była już na Elbrusie, w brzuchu mamy w wieku minus sześciu miesięcy, to jej mama marzy sobie, że jak jej latorośl podrośnie to znów zrobią koronę Ziemi RAZEM, matka i córka! SUPER!

Wyleciałam ze spotkania na skrzydłach Weny, wpadłam do domu, podjadłam pysznego naleśniczka mojego mężusia, nawdziałam obuw bieganiowy i strzeliłam sobie dyszkę, ot tak, bez oporów i zmęczenia. A jak biegłam, myślałam o tych 11 godzinach Martyny, i teraz już wiem, że JA WSZYSTKO MOGĘ!

czwartek, 25 października 2012

a ja sobie nic-nie-robię

To w tytule, to tak trochę przewrotnie:) chcę, bardzo chcę sobie nic-nie-robić z: pogody, porannej niemocy, popołudniowej gonitwy i wieczornych cichości. Bo przecież i tak bywa, że nie jest kwitnąco i fajerwerkowo, tak jak było w ostatni nas wspólny łikend nadmorski z mężem. Ach jak fajnie nic-nie-musieć, ugniatać stopami mokry piasek i patrzeć na horyzont, albo w drugą stronę jak mąż sika na wydmy. Fajnie dostać śniadanko pod nos, i pobiegać brzegiem morza, chociaż okrutnie cięzko było, bo twardego piasku jak na lekarstwo było. I fajnie na boso piruety kręcić na parkiecie do Mamma Mia i innych superhitów wyzwalających wraz z pyszną caipirinhą szamańskie pląsy. I męża fajnie za rękę trzymać.. uhmm
Ale to jednak w codzienności siła, bo jak już znów wszystko TRZEBA, to nie można zapominać o codziennym trzymaniu się za ręce i prawieniu sobie miłych słówek, które otwierają serce i podgrzewają emocje. Niech się stanie żar codzienny!

sobota, 13 października 2012

ale się nabrzmiałam..

Miałam wczoraj ucztę.. muzyczną. Wszystkie komórki mojego ciała zamieniły się w brzmienie, byłam na koncercie Doroty Miśkiewicz, było magicznie. I jak tu nie wierzyć poetom, że jest się muzyką, albo zamienia się w słuch - to mnie właśnie spotkało. Oddychałam gitarą klasyczną i elektryczną, perkusją, klawiszami i wokalem, szaleńczo rozpędzonym rytmem bębnów i całkiem cichutkim szeptem przeszkadzajek. Moja przepona pompowała te wibracje prosto do wnętrza, rozpływało się to dobre po brzuchu, rękach i nogach, poruszało w rytm stopy i trafiało w końcu do mózgu, czyniąc miliony wybuchów i skrzeń. No i ten głos anielski od Boga dar, że można na nim grać bez żadnych przedmiotów - saute, tylko aparat mowy i dużo emocji. Dorotko z zespołem dziękuję Wam, dziękuję rówież mojej towarzyszce, która złapała w mig to co i ja i mogłyśmy się dzielić tą przyjemnością, bo fajnie jest się dzielić tym co dobre.
Szkoda, że z kimś innym dzielę gorycz i brak zrozumienia i że każde słowo boli chociaż wypowiadane jest w dobrej woli. Tylko dlaczego dobra wola ma tak różne oblicza czasami..
Słuchać i być słuchanym - tylko i aż.

poniedziałek, 24 września 2012

mam smaka na..

babeczka na dziś, to smak bananowo czekoladowy - najlepsze zestawienie smakowe słodkości jakie znam!
Czasem mam ochotę stać się super kobietą, która dobrze i pożywnie gotuje wspaniałe wykwintne i całkiem proste dania i której rodzina się nimi zachwyca za każdym razem - mówiąc wow mamo/kochanie to jest pyszne znowu przeszłaś samą siebie! Albo marzę żeby mieć dom piękny, zadbany, pachnący lawendą, tonący w pelargoniach i innych kwiatów powojach, gdzie trawka zielenią oczy wybija, a chwasty na sam widok Pani Domu z dziabką chowają się głęboko pod ziemię razem z kretem i larwami turkucia podjadka. Jeszcze chciałabym mieć męża całującego mnie na dobranoc i na dzieńdobry czule, i życzącego mi miłego dnia niczym w amerykańskich filmach familijnych i żeby jeszcze zauważał i chwalił moje osiągnięcia, małe i większe sukcesy na rożnych płaszczyznach naszego wspólnego pożycia. Chciałabym mieć czas na swoje zainteresowania, chodzić na miłe dla oka wystawy, albo pobudzające rozum sztuki teatralne, czasem pójść do kina z koleżankami, a najlepiej codziennie na jogę. Z wakacji chciałabym zrobić rozwijającą szkołę życia i przetrwania i przygotowywać się do każdego wyjazdu z przewodnikiem po okolicach, żeby niczego ciekawego nie uronić. W pracy chciałabym umieć wszystko i mieć w jednym paluszku wiedzę, o każdej jednej rzeczy o którą zapyta klient, i żeby wszyscy współpracownicy mnie słuchali jak boga, ufając w pełni moim kompetencjom. Chciałabym żeby moje dzieci się szanowały, nie kłóciły i zawsze zadawały mądre pytania oraz żeby nie zostawiały butów w korytarzu, tylko chowały je do szafy. Chciałabym czasem tak idealnie, bez zarzutu i bez straty czasu i energii, ekonomiczne i ergonomicznie..
Niestety mam słabość do butów, nie lubię pracować w ogrodzie, zbyt rzadko zauważam kurz na meblach i mam ciut za dużo przydasiów, na których rosną wraz z kurzem gigantyczne roztocza, na które mój syn jest uczulony:(. Kwiaty w moim domu chociaż liczne, dostają ode mnie regularną szkołę przetrwania, bo jakoś niepodrodze mi po nawóz do nich, a podlewanie wypada częściej niż mi się przypomni. Co do kuchni to lubię eksperymenty, czego nie dzierży moja rodzina, za to najprostsze kotlety wychodzą mi twarde jak z dykty, a zupy zbyt często przypominają jarzynowe papki, które jednak przez wzgląd na uprzedzenia warzywne mojego syna, muszą tak wyglądać:) Nie znoszę robić mięsa ze względów ideologicznych więc i ono nie odwdzięcza mi się super smakiem, a pierogi z pastą z soczewicy z braku mięsa okazały się niezbyt aromatyczne.
Moje babeczki za to są pyszne, a jak dzieci sobie same włożą super-swoje-dodatki to i one je pożerają. Jestem mamą odpowiadającą nawet na głupie pytania, mam zajęcia od rana do wieczora, mimo że wydawać by się mogło, że po pracy to już TYLKO siedzę w domu, jednak pranie prasowanie, przygotowywanie posiłków, rysowanie z Zosią i granie z dziećmi w bingo zapychają ten czas w domu całkowicie. Do tego trzeba raz na jakiś czas uporządkować zdjęcia i zrobić fotoksiążkę na pamiątkę, więc mąż ma na co utyskiwać przez cały tydzień albo i dwa, że wieczorami tylko przy kompie siedzę. Jak już wieczorem się dorwę do netu, to chciałabym tu i tam zajrzeć, ale już mózg nie przyjmuje więcej bodźców, więc poprzestaję na obejrzeniu czegokolwiek w tv i wykąpaniu się w wannie po dzieciach:)
Jednak jak mi się Zośka uwiesi na nodze w międzyczasie, albo Jasiu zapewni o miłości dozgonnej, dosłownie, bo mówi mi na dobranoc, że będzie mnie kochał nawet jak już umrę, to jak tu nie rozpływać się w samozadowoleniu! Mąż czasem po stosunkowo udanej nocy uszczypnie mnie w tyłek i tym na jakiś czas zaspokoi ciągoty na pieszczoty;) A na dodatek otwarli mi nową siłownię z prawdziwego zdarzenia, do której będę mogła uczęszczać przed pracą, to już się cieszę mocno na takiego extra kopa z rana. W najbliższy łikend wybieramy się w góry i na pewno mimo 'bolących nóżek' zaliczymy jakiś usłany czerwienią i złotem jesieni szlak niskogórski, zaliczymy muzeum zabawek i basen i będzie pouczająco i przyjemnie... o czym doniosę wkrótce:)





wtorek, 28 sierpnia 2012

gdy paznokcie schną.. łza w oku kręci się - Lizbona



 .. Z jaką rozkoszą zagłębiłam się w bakłażanowo-paprykowy mus lizboński - palce lizać, a zaraz potem odwiedziłam magiczny młynek - za siedmioma górami. I tak patrząc na te piękne zdjęcia pomyślałam sobie, że bardzo się cieszę, że istnieje fotografia, która tak pięknie chwyta miejsca na chwilę zatrzymane w lustrze czasu. Ja też mam coś dla oka, sama z chęcią sobie przypomniałam te chwile i mam je dla Was na deser:)
Na wycieczkę po Lizbonie trzeba wybrać się tramwajem, najsłynniejszą linią 28, która ma swój początek na przepięknym Cmentarzu Prazeres, a prowadzi do osławionej ALFAMY.
Krążyliśmy, po niej jak pijani w poszukiwania straconego czasu i knajpy, polecanej przez moich gospodarzy. W tej zabytkowej dzielnicy, co krok widać cudne ręcznie robione azulejos, rozsiane na pooranych zmarszczkami murach, wiekowych domów wyrastających nad wąskimi uliczkami, pnącymi się w górę prosto do lazurowego nieba. Knajpy nie znaleźliśmy, ale czasu - dobrze spędzonego przy winie i Bacalhau - dużo.
Lizbona ma również nowoczesne oblicze. ORIENTE, wybudowano od postaw na potrzeby EXPO '98. Światło tu rozprasza się to łamie, uwypuklając piękne proste modernistyczne formy unoszące się nad nabrzeżem rzeki Tag. A z horyzontem zlewa się, żeby w końcu za nim zginąć, Ponte Vasco da Gama, najdłuższy most w Europie.
BON APETIT!

























niedziela, 12 sierpnia 2012

gdy budyniowo robi się

Tu zaczyna się i kończy moja dzisiejsza historia. Siedzę sobie na ganku domku w samym lesie, a nade mną szumią i trzeszczą wysokie, giętkie sosny.
Świerszcze cykają mi na jazzowo, a w tle ich słodkich zalotów słyszę moją muzykę, która mówi o odwadze i szukaniu nowych lądów. Mój ląd jest tu nad jeziorem, gdzie słońce niby to samo dla wszystkich, dla mnie zachodzi codzienne wyjątkowo. Podświetla czerwienią i budyniem malinowym ciemne chmury, zachęcając je do ostatniego leniwego tańca tuż przed zatopieniem się w nocnym morzu nocy. Zaraz sama zagubię się w moim nocnym świecie snów.

Wczoraj śniłam o grzybach, których widziałam całe mrowie, dużych, jasno i ciemnoszarych bulwiastych i wielokształtnych. Narrator z tył głowy opowiadał mi w moim śnie o tym jak wiele ich jest rodzajów i ile z nich, choć nigdy bym się nie spodziewałam, jest jadalnych i użytecznych. Grzyby, owoce wilgotnej ziemi, skropionej słońcem spomiędzy gęstego listowia i rzadszych baldachimów sosnowych igieł, są takie moje, są z tej ziemi. Od dzieciństwa szukałam ich w miękkim ciemnozielonym mchu i suchordzawym igliwiu, zanurzona w zapachu lasu. Wybór wielki, chociaż cale życie zbierałam tylko kilka rodzajów, a tu pod mymi stopami taka obfitość. Fajnie wiedzieć, że można więcej niż nam się zawsze wydawało, również dzięki snom. Idę śnić.. dobranoc.

środa, 25 lipca 2012

wszędzie dobrze, gdzie jesteśmy

Marzymy latami o swoich miejscach nieodwiedzonych, a w sercu wyciśniętych do krwi, wydeptanych w kącie, z twarzą ukrytą w dłoniach; kiedy źle, kiedy pada, kiedy nie wiemy jaki kolejny cel obrać, żeby był SENS. Te miejsca są magicznymi słupami milowymi, które wyznaczają szlak naszej pielgrzymki do ziemi świętej-obiecanej, pielgrzymki na kraj świata i do końca świata. Nie cel jednak, a DROGA daje nam spełnienie, radość, zadowolenie i spokój. Stąd słupy milowe, jak czakramy ziemi dają nam energię i wyznaczają rytm bycia. Te marzenia dotarcia w jakieś miejsce raz się spełniają, innym razem pozostają tylko pinezką na mapie. Kiedyś ważniejsze dla mnie było realizowanie tych marzeń, dziś widzę, że to fakt posiadania marzeń, pielęgnowania ich i znajdywania możliwości poszerzania horyzontów, dzięki nim, jest kwint-esencją.
Usiądźmy zatem wygodnie i napijmy się naparu z naszych marzeń i PODZIĘKUJMY SOBIE, że je mamy. A z czasem one się odwdzięczą:)

poniedziałek, 23 lipca 2012

to nie je bajka

"Rewanż"
"ten gostek nie mógł pokonać Jigni",
"nie można przegrać z takimi kolesiami",
"niestety ostatnio nie było żadnych turniejów",
"strzelamy bąbelkową folią",
"pokonam cię w rysowaniu trójkątów",
"zaczyna być nudno" - narasta napięcie i oczekiwanie na walkę, bitwę, turniej, pojedynek..
"mówią, że jesteś najsilniejszy na świecie",
"chcę się z Tobą zmierzyć, to jest wyzwanie!",
"zacznijmy walkę!" - bing, bung, trzask, prask... rozpoczyna się bajka dla dzieci.
Walka, ambicje, zadawanie bólu, poniżanie i unicestwianie, na końcu triumf siły i sprytu, i odgrażanie się pokonanych, że jeszcze się odegrają.
Dlaczego jedni uwielbiają walkę, starcia, agresję i się tym upajają, a inni czują odrazę, unikają i odcinają od tej ciemnej strony ludzkości. Którzy z nich mają rację - czy ci którzy chronią życie, szanują drugiego człowieka i każdą inną istotę żywą, czy może wojownicy, których celem jest posiadanie i unicestwianie innych istnień dla swoich potrzeb.
Dlaczego całe narody, ba! kontynenty cierpią, bo tam panuje ciemna strona człowieczeństwa. Cierpienie słabych i bezbronnych jest tak codzienne, że przestaje być cierpieniem, a okazuje się być życiem normalnym, tylko krótkim, pełnym bólu i rozczarowań. Dzieci zazwyczaj nie zdążą dorosnąć bo inni, starsi robią to za nich, bo i ich, wcześniej to samo spotkało. Kobiety nie wiedzą czym jest przyjemność "tam w środku", a mężczyźni nie potrafią płakać.
Egoizm czy altruizm, ying czy yang, dobro czy zło. Mamy wybór? czy to historia i doświadczenia naszych przodków nas predestynują w określoną stronę - ciemną lub jasną?
Niech stanie się jasność.

środa, 11 lipca 2012

czereśnie, jagody, maliny - letnie dziewczyny

Lato szumi drobnymi listkami brzozy i wieje zapachem rozgrzanej ziemi porośniętej łąką wszelaką, w ustach mam smak czereśni, a na policzkach buziak pożegnalny od mojej siostry. Miałyśmy fajny letni czas razem, który dobiegł nieubłagalnie końca. Dzięki siostra za przepojenie mnie na powrót wiarą w dobre intencje i happy endy, a przede wszystkim za uskrzydlenie mnie i danie mocy do przelatywania ponad!

Jak człowiek za ciężki od nadmiaru własnych myśli, to ciągnie brzuchem po ziemi i obija się to-tu-to-tam rozdzierając kolana i łokcie. A do życia dystansu potrzeba, spoglądania na sprawy z odległości niezaburzającej jasnego oglądu. To jasna strona życia właśnie, jedyna droga ku Bogu i doskonałości.


..A tu właśnie za oknem niesamowity spektakl przyrody się rozgrywa - słońce pada ogromnymi kroplami ciepłego deszczu.. hmmm jak tu nie kochać!

wtorek, 26 czerwca 2012

CEL - pal

Mam cel! Uff jaka ulga, zaraz wkładam running shoes i ide na jogging, chociaż running w moim przypadku lepiej pasuje:) Running czyli uciekanie - trochę tak to się zaczęło w zeszłym roku z tym moim bieganiem, że zaczęłam uciekać z domu, wywietrzyć głowę i inne członki ciała obezwładnionego codziennością. Fajnie jest tak biec, aż do utraty tchu - a wtedy wiesz co się dzieje?.. tętno się wyrównuje i oddech też i zaczyna się ten właściwy bieg, sam na sam, noga goni nogę, myśl goni myśl, modlitwa goni Boga, a ja gonię czas, swój czas. Wtedy jest go dużo na tyle, aż sił starczy - zupełnie jak w życiu. Więc biegnę sobie dziś znów, moje buty po kilkumiesięcznym zamknięciu w pudle strachu i niepewności, znów się przydadzą, jeszcze są potrzebne, jeszcze nie idę boso:) biegnę po zdrowie!
Lecisz ze mną?

środa, 20 czerwca 2012

słucham

pyk pyk pyka deszcz od rana i to wcale nie na niehumor, pyka sobie na spokój i wyciszenie. Zmywa wczorajszy kurz po koszeniu trawy i oczyszcza powietrze ze skwaru. Fajny jest deszcz jak się nie jedzie na biwak pod namiotem.. ale jak juz sie jest na biwaku pod namiotem, to deszcz fajnie zatrzymuje czas. Wtedy nic nie trzeba, poza schowaniem się. Można to zrobić z zimnym piwkiem, ale jeszcze lepiej z gorącą herbatą - czerwoną oczywiście w kubku. Kap kap pada na namiot, a my schowani przed złem i beznadzieją koimy nasze zmysły ciepłym naparem. I ta wilgoć wszechobecna jak w łonie matki niemalże i półmrok i beztroskie nicniemuszenie. No, usłyszałam, teraz już na jawie, że zapikało - to zupa daje znać żeby się nad nią zlitować, nie chce być rozgotowana.
Słyszę też jak automat do chleba miesza, aż do szczęśliwego zakończenia, którego owocem chleb nasz powszedni będzie.
Czułam dziś, że trawa, ta cudnie pachnąca zielona świeżoskoszona, po tygodniu w worku nabywa zapach nieświeży, który dał się mi i dzieciom we znaki, jak ją wiozłam w bagażniku na łąkę nadwarciańską.
Codzień widzę błekitne i orzechowe tęczówki moich dzieci i piękne tęczowe obrazki rysowane przez małe rączki.
Dotykam te małe rączki zawsze jak chcę je ochronić przed złem, chwytam w swoją niezadużą dłoń i czuję się ważna i potrzebna.
Moja misja to poprostu być..

poniedziałek, 11 czerwca 2012

ALEŻBYM..

babeczki upiekła i siostrę zaprosiła i jeszcze kilka innych fajnych babeczek, i winko otworzyła i laLuny wymieniła.. A tu moje babeczki rozpierzchnięte jak chmurki po niebie, widać je jak na dłoni, ale razem z nimi usiąść przy stole nie sposób. Spotkajmy się!

czwartek, 31 maja 2012

dzień świra

Koniec dnia się zbliża, trawa pachnie wieczorem i tęskni do deszczu, kwiaty chwytają ostatnie promienie słońca,a moje nogi zamoczone w misce chłoną życiodajną wodę. Głowę za to mam w chmurach, chociaż czasami docierają do mnie z ziemi, zaburzające anielski spokój krzyki. To moje kochane dzieci, które wróciły z dnia mamy taty i dziecka są rozanielone inaczej i dokazują bez umiaru. Jestem dumna z Jasia, występował przednio - tańczył, śpiewał i mówił DWA wierszyki, nie wiedziałam że już jest zdolny do takiego skupienia. A tu proszę prawdziwy występ mojej pociechy. 6 lat temu, będąc na ostatnich nogach marzyłam tylko kiedy wreszcie wyskoczy na świat i uraduje mnie swoją słodką twarzyczką. Jednak wcale nie przewidywałam, że aż tak szybko da mi jeszcze wiele innych radości, o których nie miałam pojęcia, że są. Bo patrząc na inne rozanielone mamy na dniu mamy nie myślałam, że ich banany na twarzach są tak nieskończenie prawdziwe. A tu proszę, na moim osobistym dniu mamy, aż wstałam z krzesła, żeby lepiej widzieć i z przyklejonym bananem na ustach zachwycałam się szczerze nad moją latoroślą. Ależ to szczęście! Niech żyje dzień mamy!.. i taty i dziecka:)
ps. babeczki też były, takie proste czekoladowe.. mniam mniam i kawka była i pogaduchy - Niech żyją fajne babeczki!

środa, 23 maja 2012

jestem nagrzana

gorrąco.. syn stwierdził, że cieplej u nas niż w Turcji, i przyznałam mu rację. Bo tutaj trzeba się przemieszczać nie tylko z plaży do basenu i do baru na boso, ale w samochodzie z domu do przedszkola, pracy, sklepu.. znaczy codzienność wróciła. Ale zanim wróciła, były Urodzinki Zosinki. Ależ ona się nadzwoniła nową turecką sukienką i nazdmuchiwała magicznych świeczek, w liczbie 4, które po zdmuchnięciu zapalały się od nowa.. dzięki temu wszystkie dzieci miały okazję podmuchać! Do grilla i piwka spijanego przez prężących opalone torsy chłopaków, były również BABECZKI  - te słodkie z czekoladą, z upchanymi przez jubilatkę cukierkami w środku - jak i te opalone tureckim suońcem - wszystkie fajne! Byli też: dziadek, posiadający niezbędną na urodzinach zapalniczkę, której zresztą wraz z telefonem zapomniał z zabawienia i babcia, która nieustająco zapinała spineczkami rosnącą grzywkę Zosiową i nakazywała zakładać buty Jasiowi, który jeszcze tureckim zwyczajem biegał niemal nagi i całkiem bosy po ogrodzie. Miodowa niedziela..
Na szczęście już środa i do łikendu coraz bliżej - a wtedy las, jezioro i nasze polskie wypoczynkowe klimaty!

poniedziałek, 14 maja 2012

turcja miodem i nutella plynaca.. suonce wodka light i all inclusive w boczki!


Normalnie - nienormalnie, chmury i deszcz w raju. Dobrze, że w raju jest internet nie-pod-chmurką, tylko w wygodnym holu z kawką i miękkimi pufami. No to jestem, w tym raju basenowym dla dzieci i piekle light-drinkowym dla ich rodziców. Oczywiście piekło wcale nie musi być takie straszne, są w nim kuszące chwile siesty popołudniowej, kiedy to dzieci zajęte bajką dają chwilę wytchnienia rodzicom, którzy godzą się - pochodne słowo od godów:) w wąskim łóżeczku w pokoiku dziecięcym. Dzieci mają raj nie tylko basenowy, ale również hamburgerowo-frytkowo-pizzowo-lodowy, no i doborowe towarzystwo internacjonalne, w którym nie ma barier językowych! W rozmowach tutejszych zaprzestałam używania języka ogólnie uważanego za zrozumiały, czyli angielskiego, na rzecz krzewienia naszego polskiego ducha, a co! niech wiedzą skąd pochodzimy, skoro inni mówią w swoich językach, nie zważając na zrozumiałość to i ja mówię do przemiłych obsługujących i pozostałych równie uśmiechniętych czerwonoskórych - dziękuję i proszę bardzo, albo skończyło się! - gdy po 5 minutach stania w kolejce po kawę braknie mleka. Niech żyje język ciała! - mój mąż przynajmniej w tym fakcie się ze mną zgodzi:)
Od babeczek jak i od wszelkich innych zwyczajnych czynności domowych również mam wolne, za to próbuję lokalnych specjałów. W przeciwieństwie do dzieci, które uwielbiają to co znane i przez rodziców zakazywane na co dzień, jem duużo owoców i warzyw - słodkie i orzeźwiające melony, chrupiące jabłka na pół z Zosią, gruszki smakujące dla odmiany dość wytrawnie oraz czasem jak rzucą, truskawki - przesłodkie! Warzywa pyszne pod każdą postacią. Są sałatki, pomidory krojone niefrasobliwie na cztery i grillowane bakłażany, cukinie i papryki. Nie mogę zapomnieć o oliwkach, słonych jak tutejsze morze, albo kwaśnych, bo nadzianych cytryną. Wszystko to można w nieskończoność zagryzać serami bardziej lub mniej słonymi w ziołach i oliwie. Są jeszcze tureckie naleśniki smażone przez panią w białej chuście na głowie, w namiocie przy wyjściu na plaże. Takie proste i nadziane tym co z kuchni zostanie po śniadaniu:) Ja uwielbiam te najzwyklejsze z białym serem, który jest lekko słonawy.. mniam. No a na deser do kawki przesłodkie ciasteczka ala baklawa, pieczone na sto sposobów i smaków, mały kawałek jest tak sycący jak kawał tortu.
Podniosłam oczy znad kompa i co ja widzę! Przeciera się niebo, może jeszcze dziś wskoczymy do basenu.. A już na pewno zajrzymy do baru na małego lajcika;)

wtorek, 8 maja 2012

BOMBA

już jestem! przepraszam za chwilę zwątpienia, za dużo LUNY w moim życiu i nadmiaru emocji.. Uspokój się kobieto... ohmmmm

sobota, 5 maja 2012

mąż ma rację!

No to wróciłam.. po tygodniu bez - netu, ale z - wszystkimi fajnymi rodzinno-przyrodniczo-beztroskimi rozmaśleniami . I co? po rozwieszeniu pierwszego z wielu prań, usiadłam do kompa - i co nie wciąga? wciąga to bloggowanie, a przede wszystkim uciekanie w inny swój świat, którym jak się okazuje fajnie jest się dzielić z innymi. Więc tym razem fajnie jest przyznać mężowi rację, że to porywa i zawłaszcza, ale jakaż to przyjemność!
Babeczki w lesie były, czekoladowo-twardawe, bo piekarnik pierwszy raz chyba od wielu lat, a może od zawsze poczuł płomień żywy no i ja od-niepamiętnych-czasów używałam takiegoż, no to się spaliły i co z tego. Ja też troszkę ogorzałam jak i te moje babeczki od słońca, piweczek i związanych z tym wszystkim wybuchów niepohamowanych emocji, a co tam jak ognień i eksplozje to na całego! Fajnie jest tak sobie czasem przyczadzić - nieprawdaż droga czytelniczko? A Ty kiedy ostatni raz czadziłaś i dlaczego tak dawno??:))

czwartek, 26 kwietnia 2012

melancholia - słodka pomarańcza przesłania pizzowe babeczki

Macie pojęcie, że słodycz to nie wszystko, że istnieją inne smaki, które równoważą się i spotykają w jednym punkcie 0, który jest niczym i wszystkim zarazem - nirwaną i stanem błogości, do którego nie potrzebne są bodźce zewnętrzne, smaki, zapachy, komfort, ból, a nawet miłość, czy jej brak. Potrzebna jest świadomość naszego własnego wnętrza, jego bogactwa a zarazem prostoty. Potrzebna jest jego równowaga, do której dążymy wytrwale jak życie długie, gubiąc się na wysokościach euforii i w dolinach depresji, czołgając się po cienkiej linie rozciągniętej pomiędzy tymi odczuciami.
"pójdę boso.." szczęśliwej drogi już czas..", "wsiąść do pociągu byle jakiego.." macie jeszcze jakieś fajne cytaty?

środa, 25 kwietnia 2012

Hello Kitty a sztuka komponowania babeczek

Hello Kitty na iphonie, oznacza chwilę spokoju.. zupa na kolację wstawiona, biorę się za pisanie..
Chciałam zatem z radością donieść, że wyprodukowałam pierwszą, testową porcję babeczek.. kurcze jakie to proste, a to wilgotne wnętrze i bogactwo smaku powala.. Dam wam przepis.. w sekrecie.. Nie muszę dodawać, że podaje go za siostrą - moją mentorką babeczkową!




Przygotuj dużą szklankę i wsyp do niej:
ok. 3/4 mąki wraz z płaską łyżeczką sody oraz dosyp do pełna płatki owsiane i ziarna słonecznika, ew. zmielone orzechy lub migdały - następnie, wsyp zawartość do miseczki.
do tej samej szklanki wlej 1/3 szkl. oleju, dodaj 1 jajko, dopełnij jogurtem greckim lub maślanką (ponoć najlepsza), jakby było za gęste dolej trochę mleka, zawartość szklanki również wlej do miski z sypkimi produktami oraz dodaj ok. 2 łyżek cukru i wymieszaj - wystarczy łyżką!
A teraz wariacje babeczkowe:
- można rozpuścić trochę gorzkiej czekolady i dodać do części ciasta.. hmm
- można, a nawet trzeba wsadzić w środek babeczki nieduży kawałek czekolady, z nadzieniem dowolnym lub raczej konweniującym z resztą wsadu babeczkowego, który akurat zaplanowaliśmy, lub po prostu mieliśmy w lodówce nocną - nieodparcie babeczkową porą!
- świetnym dodatkiem jest również serek ricotta lub mascarpone lub jeszcze popróbuję z tłustym twarogiem, który mieszamy z zawartością torebeczki cukru waniliowego i dajemy kleksa do wnętrza. Najlepiej jest przykryć szczelnie tegoż kleksa, żeby zawartość nie wykipiała poza naszą fajną babeczkę - siostra mi tak radziła, ale i tak za pierwszym razem nie dość szczelnie przykryłam warstwą czekoladową i wypłynęła cenna zawartość, którą - rzecz oczywista, spożyłam wprost z blachy za pomocą kończyn górnych;)
- następnym murowanym efektem smakowym jest zagłębienie w środku dowolnego owoca, ja uwielbiam truskawki i dodałam je do pierwszej historycznej produkcji babeczkowej
- o innych świetnych pomysłach smakowych jeszcze zapewne doniosę, wraz z dalszymi próbami nad bronią babeczkową..
Cóż, pisałabym z wielką błogością o sztuce babeczkowej jeszcze ze dwie lampki wina, ale ta jedna musi mi na razie wystaczyć, bo Hello Kitty się skończyło i już się zmywam.. AAAAAA
ps. zapomniałam napisać co za sztuki wykonałam - są to babeczki składające się z kolejnych warstw:
jasna baza, serek maskarpone, w to upchnięty kawałek czekolady o nadzieniu truskawkowym, wraz z kawałkiem truskawki, to pokryte warstwą czekoladową i czerwoniasta truskawka na wierzch... hmmm, dla dzieci wersja bez owoców, boże zmiłuj się nad ich ubogością kubków smakowych - bo nie wiedzą co tracą:)
.. to jeszcze pół lampeczki i do obierania ziemniaków - mąż smakuje się w śledziach - myślę że i na taki smak babeczkowy przyjdzie pora! BON APETIT



poniedziałek, 23 kwietnia 2012

poczatki siostrzano-lizbońskie

Na dobry początek powiem: Witam wszystkich, którzy są ciekawi innych ludzi - a fajnych babeczek w szczególności! Jestem na progu nowego.. pamiętam o starym i ciekawa jestem jutra, ale to o DZISIAJ chcę mówić. Dzisiaj postanowiłam zrobić BLOGA i nie tylko. Mam plan napisany na kartce podkładce z knajpy, na której zaczęłam dziś spisywać z siostrą pomysły na babeczki, fartuszki, serwetki i papilotki.. jeszcze zapisałam przepis, ten najlepszy, bo od siostry - mistrzyni babeczkowej, czyli mistrzowskiej babeczki.. Aha - przepis na co zapytacie? Na babeczki. Bo chcę zostać babeczkową mistrzynią w Koninie i już nie mam odwrotu, pisząc te słowa, za które mnie trzymajcie i nie puszczajcie, to i ja nie odpuszczę tego świetnego pomysłu, powstałego z emocji, i chęci odczuwania i sprawiania przyjemności! Niech się stanie BLOG FAJNEJ BABECZKI!