piątek, 25 października 2013

Para Przykładna

Spotkałam dziś Mammę-Rumianą i jej najwierniejszego Fana-Męża.
Przyszli do sklepu kupując dobrobyt i dostęp do świata – laptopa używanego.
Pani-Mamma nawijała o ogółach, bo szczegóły były poza jej możliwościami nateczasowymi zrozumienia, a Pan-Fan zagadywał tuż obok - mnie, Panią-Szefową.
- A Pani-Szefowa wie, że największym wrogiem mężczyzny jest alkohol i papierosy. Bo ja nie palę i nie piję całe życie, alkoholu to po prostu nie cierpię. Ale mam też moją ulubioną chorobę – uwielbiam codziennie wypić przedpołudniem kawę i zjeść dobre ciasto. Aha i jeszcze jestem uzależniony od roweru, mam tam w garażu Merca – ale jak mam po niego iść to chory jestem.. niech Pani-Szefowa patrzy  (pokazuje mi jak podnosi lewą nogę i kręci nią energicznie wyimaginowanym pedałem, unosząc jednocześnie ramiona naprzemiennie) - 73 lata, Pani widzi.. nieźle, nie!
A Pani Rumiana-Mamma z loczkiem na czole i krągłościami miękkimi zajmuje się Panem B. – naszym przystojnym sprzedawcą, który tłumaczy tajniki podłączenia do lapsa myszki na usb.
 – Ależ on ładny chłopak, no jejka taki ładny jak malowany!  Naprawdę – mówi do Męża-Fana - nasze chłopaki ładne są, ale Pan B. jest przepiękny! Mąż kiwa głową bezwarunkowo się zgadzając.
- Ehh – sapie Mąż na stronie - Szefowa, ile to się należy?
- Nie powiem  - mówię z przekorą, zauroczona całą sytuacją - to kolega wie, ale jest zajęty Pana żoną.
 - Ależ niech Pani zapyta, niech Pani zapyta! - naciera.
Odczekuję cztery zdania na temat bezpiecznego zamykania systemu i wtrącam – a ile B.?
- A tyle .. – mówi zapocony intensywnością słów oraz pochwał B.
Mówię: -  A tyle.. i Pan z kiejdy wyciąga zwitek, sto, dwieście… - O, tyle.
Pan-Fan całuje z namaszczeniem moją dłoń, ściskającą jeszcze zwitek banknotów i Dziękuje, szczerze z serca i z radością (która dzieciom dana od zarania, zanika zazwyczaj niepostrzeżenie pod wpływem odpowiedzialności, opatrznie rozumianej jako kary za grzechy).
Po całej serii prostych komend naszego przeuroczego B., Pani-Rumiana ukontentowana udanym "zamknięciem systemu" pakuje, a właściwie daje do spakowania w eko-siatkę  swojemu ukochanemu sprzęt nabyty i oto słucham na koniec wynurzeń bezcennych Państwa Przykładnych:
- A czy Pani wie jaka jest moja zasada? Kochać, szanować i słuchać żony! I wiesz Pani? Tak od 50 lat! Nawet nam Pan Komorowski order przysłał. To ja zrobiłem z tej okazji obiad w restauracji i tańce. Pani-Rumiana mówi – niemrawe już były..  Na co Pan-Fan puszcza oko, czym nie wydaje się zmartwiony.
Dowiaduję się również prawdy Pani-Rumianej - z ust jej męża oczywiście -  „na ile zasłużysz tyle będzie ci dane”.
Puentuję to po swojemu - „ile włożysz tyle wyjmiesz”.

Wszyscy kiwamy głowami ze zrozumieniem.

poniedziałek, 7 października 2013

Italia – bosa jesień

Italia – w słodyczy śniadań i intensywności doznań gołych stóp w październiku, skąpana.
Jest  taki moment kiedy już trzeba te słowa wypowiedzieć, żeby nie stracić tej chwili. To jest mój moment, bo włoski nadmorski  kurort we wczesnym październiku to raj dla nas ludzi z północy, zachwycających się o tej porze obfitością grzybów w leśnych ostępach, ubranych na wskroś w ciepłe kamizelki chroniące przed rześkim jesiennym powietrzem.
Italia pojawiła się na mojej skórze podmuchem ciepłego powietrza na płycie lotniska, palmami, opuncjami i kwietnymi zaroślami na drodze do Rzymu, strajkiem kogoś tam w tle i spóźnionym pociągiem z dużą ilością dojeżdżających do pracy tubylców, ze świecącymi smartfonami przed nosem. Ciepło to pierwsza, a wolność toostatnia radość z pobytu tutaj. Chociaż pomiędzy tymi dominującymi doznaniami jest wielka radość z przebywania w zawieszeniu czasoprzestrzennym z dobrym towarzystwem i widokami i okraszającym to wszystko trunkiem.
Czyż nie jest to naturalna potrzeba człowieka dotykać gołą stopą ziemi bez konieczności ubierania jej w najmodniejsze nawet włoskie kozaki. 

Gołe stopy mają tu swoją ojczyznę. Gołe ramiona, od czasu do czasu okryte szalem od bryzy morskiej, mają tu swój dom. A głowa parująca oparami kartonowego wina, o pysznym smaku i jeszcze pyszniejszym działaniu, ma tu swoją spokojną przystań.







Spoglądając z oszklonego balkonu słyszę morze rozbijające fale w rytmie świata i mojego serca.  Widzę Panią z zakupami, która idzie kilka kroków w kierunku morza, tylko po to żeby na chwilę zakontepmlować pobliski żywioł i wraca drogą, którą przyszła. Kolejny dzień z rzędu widzę ogorzałych słońcem Panów w wieku spokojnym, człapiących z rana w kaloszach brzegiem ich świata, a wieczorem zarzucających wędki z samego brzegu, chyba tylko po to żeby w spokoju asystować słońcu w przejściu na antypody. Patrząc na nich mam wrażenie, że ten codzienny spektakl ma miejsce dzięki  ich udziałowi i stanowi ich i przy okazji naszą świadomą nagrodę. 

Chłonąc ciemność rozświetlaną łuną znad miasta, cieszę się, że słońce właśnie cieszy  inne strony i że mój czas dzisiejszy szczęśliwie dobiega końca.  Z uwagą czekam na jutro, na czas pogody, którą zabieram z sobą.