Za to jedna rzecz ujęła mnie ostatnio bardzo i nie puszcza: Pan zawieszony na rowerze w pół obrotu opiera się o poręcz mostu, mostku właściwie nad naszą rzeczką Pową i patrzy, obserwuje ruchomą wodę, tkwiąc w bezruchu. Jak długi jest to moment, nie wiem bo mknę tak tuż obok samochodem z punktu A do punktu B bo potem jeszcze do punktu C. Obraz ten utkwił we mnie, uderzył mnie jak znak wyrastający na środku drogi - ZWOLNIJ. Miej czas, nie tylko na te wielkie plany, podróże, wydarzenia okazje, ale na tu i teraz, na chwilę czasu dla naszego umysłu, aby mógł poobserwować coś bez pośpiechu, bez wysiłku, bez potrzeby nawet, tylko dlatego że to jest i przyzywa nas do hamaka.
A propos hamaków, byłam dziś po raz pierwszy na pięknym rytuale unoszenia się w powietrzu za sprawą tegoż własnie, a właściwie szerokiej chusty zawieszonej pod sufitem, która daje oparcie dla ciała, szukającego wygodnej, lub wyzywającej dla ciała pozycji, w zgodzie z grawitacją i przy jej udziale. TRZECI WYMIAR. Bardzo relaksujące.
Zacząć chciałam od naszego wielkiego barbadoskiego wesela, na które zaproszeni zostaliśmy z taką samą radością, z jaką w nim potem uczestniczyliśmy, Było pięknie, romantycznie i egzotycznie, ale z całej uroczystości najcudowniej było patrzeć na wielką miłość i wzruszenie emanujące od Młodych. I tegoż im życzę, aby ich uczucie pozostało jak najdłużej tak świeże i młode jak tego dnia.
Tak odległa sceneria ślubna, była dla nas okazją na dłuższy pobyt w całkiem odmiennym kraju.
Po pierwsze tropik, po drugie pora deszczowa, która pięknie przyciemniała tło rajskiej plaży, granatowymi chmurami, a po trzecie jednak w większości słońce, parzące i rzucające krótkie cienie na samotne palmy, wyrastające ze złotej plaży. Po czwarte, jeśli nie po pierwsze to kolor morza - przeźroczysty turkus płycizn, łamiący się na głębi z niebieskim pasem horyzontu, dotykającym jeszcze ciemniejszego nieba.
Nocą, żółwiki wychodziły ze swoich bezpiecznych gniazd, w których dopiero co się wykluły, na ciepły jeszcze i wilgotny piach plaży, gdzie na kolację już czekały kraby. Ich odwieczny rytuał podążania w kierunku światła księżyca, czyli do morza, zaburzyła obecność sztucznego oświetlenia przy wybrzeżu, dlatego trzeba było zbierać zguby po całej plaży, a były ich setki z jednego gniazda, aby przenieść je w bezpieczne i zaciemnione miejsce na innej plaży. Do pomocy co wieczór było wielu przejętych turystów oraz partole żółwiowe pracujące 24/7 dla zachowania populacji.
Do nocnych niespodzianek również zaliczyć trzeba świergot żab. Zaraz po zmroku zaczynały koncert, tak głośny, że pierwszej nocy mieliśmy obawy (jak się okazało niesłuszne) czy będzie można spać!
Ludzie na Barbadosie są bardzo przyjaźni i bezproblemowi NO WORRIES powtarzali jak mantrę. Żyją skromnie w kolorowych domkach na małych parcelkach, obejście zawsze czyste, nawet nieużytki i FOR SALE były uprzątnięte i w miarę możliwości zagospodarowane. Ta mała wysepka koralowa ma 30km x 40km i dzieli się na parafie (anglikańskie), w każdej można zobaczyć urokliwy kościółek z pobliskim cmentarzem nawet z XVI, kiedy to wyspę kolonizowano. W głębi kraju uprawia się przede wszystkim trzcinę cukrową, z której wytwarza się między innymi rum. To tutaj, a nie na Kubie powstała jego pierwsza manufaktura http://www.stnicholasabbey.com/Rum/.
Wyspa Brodatych Figowców zostanie dla mnie magicznym wspomnieniem, słońca, wilgoci, soczystej przyrody i kąpieli w morzu Karaibskim w ciepłym deszczu wraz z całym bogactwem fauny i flory, również żółwi na wyciągnięcie ręki.

